Gdzie mój grant albo o „Asystencie czarodziejki” i „Utraconej Bretanii” A. Janusz

 
Tak, będzie to notka czytelnika zachwyconego, bo wpadłam po uszy w świat przedstawiony w póki co dylogii Aleksandry Janusz, i czekam na tom trzeci. Czasami widocznie i taka maruda jak ja może znaleźć coś, co ją wciągnie.


Zacznijmy może od tego, o czym to w ogóle jest. Vincent Thorpe, asystent znanej czarodziejki Margueritte, jest po trzydziestce i zasadniczo wkrótce przechodzi na emeryturę. Nikt nie wypatruje tego bardziej niż jego narzeczona Amandine, której nie podoba się ani podejrzany kodeks pracy pracodawczyni Vince’a, ani zbyt duża ilość magów i magii na jednym metrze kwadratowym. Kiedy jednak Vince wraz z Margueritte i jeszcze jedną magiczką, Belinde, oraz jej uczennicą Kathryn ruszają do jednego z, no, może nie rutynowych, ale też nie takich znowu nadzwyczajnych zadań, związanych z tym, co takiego dzieje się w świecie, Vince będzie musiał zrewidować swoje plany. Obie maginie bowiem w dziwny sposób znikają, jego status jako asystenta zostaje prawnie podważony, a do tego razem z Amandine i Kathryn będą musieli zająć się małą Lilianą, bardzo utalentowaną i bardzo niebezpieczną, i zdecydowanie za młodą na czarodziejkę nową uczennicą Margueritte. No tak, ale, jako się rzekło, Margueritte zniknęła. A i u Vince’a, od lat przyzwyczajonego do swojego statusu asystenta, drobnej magicznej pomocy, zaczyna dziać się coś dziwnego. 

Tutaj, pozwólcie, przerwę zagłębianie się w szczegóły, bo po co mam Wam psuć przyjemność poznawania meandrów fabuły samemu. Za to jeszcze dwa słowa o tym, jak wygląda świat przedstawiony. Otóż wskutek wojen rozdarcia, jakie miały miejsce w tym uniwersum, świat ten rozpadł się – pozostała Arboria, gdzie mieszkają nasi bohaterowie, zaś drugi kawałek świata, prawdopodobnie ze stolicą całości, Bretania, zniknął w Pustce. Z Pustki od czasu do czasu coś wyłazi, jak zwykle w takich przypadkach bywa, i, jak się zapewne domyślacie, wcale nie jest zbyt sympatyczne. Co zatem stało się z bohaterami? Czy będą musieli ocalić świat? I czy my, czytelnicy, westchniemy smutno, że oto kolejny quest, jakiśmy niejeden już widzieli?
 

Różniczkują aż miło


Odpowiem, nieco tendencyjnie, na początku. Otóż nie – jest co prawda wyprawa, są niebezpieczeństwa, rozdzielone drużyny, creme de la creme tego, co zna się i lubi w klasycznej i mniej klasycznej fantasy. Z drugiej jednak strony postaci są tak sympatyczne, świat na tyle ciekawie skonstruowany, a do tego naprawdę przemyślnie skonstruowana i nie nużąca akcja, że i „Asystent czarodziejki”, i jego bezpośrednia kontynuacja, „Utracona Bretania”, czytają się przyjemnie, szybko i wciągają po uszy (i składają się faktycznie w jedną książkę, jak zauważyła w rozmowie na Instagramie Moreni). Owszem, na początku miałam pewne wątpliwości – głównie dlatego, że dostajemy całkiem pokaźną ekspozycję, z której owa konstrukcja ku nam wyziera, ale nie w typie zachęcającym, a raczej pokazującym, jak została wymyślona – dajcie jednak „Asystentowi...” szansę na rozpędzenie się, a nie pożałujecie. 
 
 
A w przerwach od lektury możemy sobie popatrzeć na wielkie gady.
 

Aleksandra Janusz ma bardzo ciekawy pomysł na to, jak działa magia – teoretycznie dostępna całkiem szeroko, nawet osoby nieutalentowane dwa-trzy uroki znają, ale te wyższe zaklęcia dostępne są po treningu i szkoleniu na poziomie akademickim. Działa to więc wszystko jak nauka ścisła, w rodzaju matematyki: wszyscy umiemy liczyć, niektórzy z nas całkują i różniczkują, ale co bardziej skomplikowane twierdzenia zajmują kilkudziesięciu naukowców na świecie. Nic zatem dziwnego, że magia działa w Arborii w systemie akademicko-uniwersyteckim, z całą podłączoną do tego aparaturą grantową (bohaterowie zastanawiają się więc, jak najkorzystniej opublikować rezultaty badań, co w trakcie trwania epickiego questu nie jest bardzo częste, przyznajcie sami). No właśnie, tutaj jeszcze wtrącę słowo, bo pisząc o dwóch tomach powinnam uczciwie zaznaczyć, że autorka daje nam w nich wgląd w dwa światy przedstawione, które nieco inaczej się rozwijają i nieco inne poglądy na magię w nich panują. Mnie osobiście trochę szkoda było, że w tomie drugim (co można wywnioskować z nazwy) Arborii było mniej, bo magowie usiłujący sobie radzić w konkursach o granty to jest coś, o czym zdecydowanie mogłabym poczytać więcej.

W tomie drugim jednak autorka pokazuje nam, jak magia działa w społeczeństwach, gdzie podstawą selekcji a propos tego, kto może władać siłami nadprzyrodzonymi jest nie talent i wykształcenie, ale urodzenie i że niekoniecznie musi to mieć dobre skutki (zresztą jest tu pewien haczyk, bo okazuje się, że generalnie nie ma żadnej złotej zasady w tym względzie). Aleksandra Janusz czasem mrugnie do nas okiem, wrzucając do obu światów przedstawionych odniesienia do popkultury z „naszego” świata (szczególnie miłe mi było to dotyczące „Samych swoich”), ale nie są to odniesienia nachalne czy wybijające się na pierwszy plan – i za to zręczne tkanie materii powieściowej składam autorce ukłony. Bo widzicie, to są takie powieści, że kiedy bohater mówi „na pewno wszystko będzie dobrze” – a bohaterowie „Asystenta...” i „Utraconej...” lubią to, całkiem często, powtarzać – my już wiemy, że będzie dokładnie odwrotnie. I jako podłe istoty wypatrujące fabularnego skrętu kiszek czekamy, co też tym razem spadnie na bohaterów ze strony, z której niczego się aktualnie nie spodziewali. Przy czym autorka prowadzi akcję zasadniczo zgodnie z oczekiwaniami czytelniczymi, jakie można wynieść z wieloletniego czytania fantasy, ale od czasu do czasu trafia się wolta fabularna, która rozbija to miłe uczucie „znamy, znamy, lubimy”. Wolty te paradoksalnie też podtrzymują w jakiś sposób to pisanie, nie pozwalając nam na znudzenie się. Ba, „Utraconą...” przeczytałam w jeden dzień, zamykając ją o trzeciej nad ranem, a to też o czymś świadczy, prawda?
 

Czy czary działają na emeryturze


Aleksandra Janusz umie wykreować postaci, które nie są bez wad i nie są równocześnie denerwujące. Właściwie, co odnotowuję z pewnym zdziwieniem, nie było w obu powieściach wątku, który czytałabym z mniejszym zainteresowaniem. Bo też i nie brakuje tu ciekawie zrealizowanych pomysłów na bohaterów: niemłody już Vince, który lubi swoją pracę, ale kusi go też bardziej osiadły tryb życia; biedna, ale honorowa i bardzo uzdolniona Kathryn z jedną wadą, jeśli chodzi o posługiwanie się magią; tajemnicze dziecko, które początkowo zamknięte w sobie objawia nagle niespodziewane talenty; mag na emeryturze, który przy pierwszej okazji przebódłby włócznią tego, kto go zirytował; smok śpiewający operowe kawałki; mężczyzna, który choć żądny wiedzy, nie miał szans się kształcić, więc na starość pochłania wiedzę z fascynacją i rozpaczą; poważana specjalistka w dziedzinie ze słabością do pulp literatury. Autorka wychodzi więc od tego, co znamy i od tego, co zawsze chcieliśmy poznać, ale nie zawsze trafiała się okazja: bo kto sprząta po rozróbie czarodziejów? Czy ci bohaterowie z przeszłości faktycznie byli tacy bohaterscy? Co robi rodzina, która zawsze żyła blisko tronu, po rewolucji i czy jej potomkom dokuczają w szkole (pozdrawiamy Samuela Vimesa, który nam na to pytanie odpowiada, choć w nieco innej konfiguracji)? Nie muszę wspominać, że wiele z tych tematów rozwijają nie te epickie gałęzie fantastyki, a właśnie te raczej spokojniejsze, gdzie głównym bohaterem może być, a jakże, właśnie asystent czarodziejki.
 
 
 

Czy, zapytacie, na nic zatem narzekać nie będziesz, Pyzo? Oczywiście poza niewyspaniem? Nie no, oczywiście, że swoim zwyczajem muszę pomarudzić. Mam zasadniczo problem z wątkami, które mogłyby być lepiej wyprowadzone, natomiast obecnie sprawiają takie wrażenie, że widać, czemu służą i jakie miały być, natomiast to wynika właśnie raczej z przyzwyczajeń czytelniczych niż z tego, że faktycznie zostały tak napisane. Chodzi mi tu przede wszystkim o dwa wątki: relacji Liliany i Kathryn oraz stosunku Amandine do magii. W tych dwóch przypadkach miałam wrażenie, że autorka raczej przekonuje mnie w opisie, że rzeczywistość wygląda w pewien sposób, a to, co faktycznie dzieje się w powieści, wygląda nieco inaczej. Myślę, że to kwestia tego, że tom pierwszy mógłby być o te kilkadziesiąt stron dłuższy, żeby powyprowadzać jeszcze te wątki – nie jest to wada strukturalna i zapewne przeszkadza tylko takim marudom jak ja, no ale skoro miałam narzekać, narzekam. Muszę też przyznać, że gubiłam się niekiedy w przeskokach między jednym sposobem myślenia a drugim, kiedy bohaterowie nie-ze-swojego-świata akurat w tym drugim porozumiewali się pod zaklęciem tłumaczeniowym, a kiedy nie. Ale zrzucam to na karb połykania powieści w trakcie kilku godzin (z chęcią jednak zapytam, czy odnieśliście podobne wrażenie?).

Jeśli więc jeszcze nie mieliście przyjemności, a szukacie wciągającej fantasy z wyprawą, smokami, magią wymagającą skomplikowanych obliczeń w myślach, sięgajcie czem prędzej. A jeśli czytaliście, bardzo jestem ciekawa Waszego zdania – i jak radziliście sobie z wymową imion i nazw własnych, bo, przyznaję, zastanawiałam się, czy z francuska, jak by wynikało z zapisu, czy może jednak jakoś inaczej? A teraz zasiadam do pilnego wypatrywania tomu trzeciego, który ma się ukazać w tym roku. 
 

***


Tom pierwszy znalazłam pod Choinką (dziękuję, Mikołaju, trafiłeś!), a tom drugi przywędrował do mnie od wydawnictwa Nasza Księgarnia (dziękuję, Nasza Księgarnio, niech się seria rozrasta!).

Weź dokładkę!

13 komentarze

  1. Łał, fantasy które ci się podobało? Doceniam :D Jak już będę panem swoich lektur to może się skuszę, ale póki co każda książka inna niz kanon romantyzmu rozbija mój misterny plan czytelniczy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fantasy to jeden z moich ulubionych gatunków literackich :-). Ale tu doszła też wypadkowa innych czynników, bo wiadomo, nawet jeśli lubi się jakiś "przedział" literatury, nie znaczy to, że każda książka w nim się znajdująca nas zauroczy. Natomiast te powieści -- naprawdę bardzo przypadły mi do gustu :-).

      Usuń
  2. O, autorka zupełnie mi nieznana, nawet ze słyszenia! W bibliotece niestety nie mamy jej książek, ale będę się rozglądać, a nuż gdzieś na nią trafię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo polecam, też tak przy okazji naszej niedawnej rozmowy o pożądaniu dobrego fantasy do czytania :-).

      Usuń
    2. No właśnie, właśnie :) Zapisuję w pamięci.

      Usuń
  3. Wszędzie czytam, jaki to wspaniały system magii ma ta książka i nabrałam na nią z tego powodu ochoty (jestem trochę skrzywiona na punkcie całek, różniczek i innych cudów). Z drugiej strony zwykle nie lubię książkowych smoków, a tu jest jeden na okładce, co sugeruje, że są ważne i jest ich dużo. Może kiedyś doczekam się tej książki w bibliotece, to wtedy sprawdzę, czy te smoki bardzo bolą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o smoki, to możesz spokojnie swojemu ciepłemu uczuciu do całek pozwolić zwyciężyć nad niechęcią do smoków: mimo że smoki są na okładkach, to nie przeważają w fabule (przynajmniej w moim odczuciu -- bo są, oczywiście, obecne, ale nie jest ich aż tak dużo), a jak już się pojawiają, to i pomysł na nie jest bardzo błyskotliwy. Smoki nie są tym, czym się wydają ;-). Z chęcią potem, oczywiście, przegadam wrażenia! :-)

      Usuń
    2. Trochę się zbierałam, ale przeczytałam w końcu. Trochę kręciłam nosem na "Asystenta", ale już "Utraconą" czytało mi się bardzo dobrze. Smoki rzeczywiście bardzo nie bolały, ale na przyszłość mogliby po prostu wynaleźć komputer, byłoby jeszcze lepiej. ;)

      Jak rzekłam, czytałam dla całek. Chciałabym wiedzieć bardziej dogłębnie, co też oni liczyli w jakich zaklęciach i dlaczego, to też bym się mogła pobawić, ale rozumiem, że to by wtedy było niezdatne do czytania. ;) Niestety czasem miałam wrażenie, że cała matematyka zaklęć gdzieś ucieka. Przykładowo, czy Vince aż tak odruchowo liczy, że udało mu się z tym zionięciem i skąd wiedział jakie wzory zastosować, skoro uważał to za niemożliwe? Samo zionięcie za to nie wymaga wcale obliczeń, więc jak działa?

      Pyzo, czy nie miałaś trochę wrażenia, że ten (kilkukrotnie podkreślony!) rozwój Bretanii po rozbiciu świata był dużo bardziej deklaratywny niż rzeczywisty? Bohaterom coś podejrzanie szybko udało się w tym świecie odnaleźć. Chociażby ten język, który byli w stanie zrozumieć nawet bez pomocy magii, podczas gdy w drugą stronę już tak łatwo nie było.

      Choć trzecioplanowy, to trochę uwierał mnie wątek romansowy Kathryn, miałam wrażenie, że był sztampowy do bólu, na tyle, że wyczułam go od pierwszego pojawienia się kapitana. No i on sam mógłby być trochę mniej sztuczny w moim odczuciu.

      Trochę narzekam (zawsze łatwiej się narzeka), ale z chęcią przeczytam następny tom.

      Ja większość nazwisk czytałam z francuska, tzn. tak mi się wydaje, zważając na jakość mojego francuskiego. :D

      Usuń
    3. Właśnie tak się ostatnio zastanawiałam, że pochłonęłam "Asystenta..." i "Utraconą..." na jednym oddechu -- i czy "Utracona..." nie korzysta na tym, że się już polubiło bohaterów, zżyło z nimi i co by nie było, wybaczyłoby się tej powieści wiele :-).

      Mogłoby faktycznie pojawić się więcej wyjaśnień, może będzie w kolejnych częściach? Myślę, że to rozwojowa sprawa :-). Widać zresztą, że autorka ma to przemyślane, może to się będzie stopniowo rozwijało?

      Hm, właściwie zawiesiłam tu niewiarę, ale jeśli chodzi o język, to jednak często było podkreślane, że rozumieli język dzięki temu, że na różnym etapie edukacji się zetknęli z tą straszą wersją języka. Myślę też, że zawsze łatwiej dostosować się postaciom cofniętym w czasie, bo co nieco wiedzą o przeszłości -- w drugą stronę bywa trudniej ;-).

      Tak, ten wątek był dość oczywisty, ale nie przeszkadzało mi to kibicować bohaterom (no właśnie, znowu kwestia zżycia się z nimi) ;-).

      Usuń
  4. Na początek typowa dla Pożeracza uwaga na marginesie - mam wrażenie, że zawsze gdy pada fraza "na pewno wszystko będzie dobrze" lub podobna nikt nie spodziewa się, że będzie dobrze. Mam nawet specjalny wiersz na tę okazję, ha! Taki ze mnie drań. Polecam mocno wyszukać sobie "Everything is going to be alright" Dereka Mahona.

    A co do powieści Aleksandry Janusz - to już kolejna pozytywna recenzja, wypadałoby się zainteresować. Zwłaszcza, że mam słabość do oryginalnych systemów magicznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz? Ja tam się w życiu staram spodziewać, ale fakt, w fikcji literackiej to zwykle oznacza burzę z piorunami, tornado i bankructwo szacownej kupieckiej rodziny :-). Natomiast u Mahona widzę jednak podejście "wszystko będzie dobrze", z tym że poparte czymś w rodzaju "zależy jak zdefiniujesz 'wszystko' i 'dobrze'" z dodatkiem "właściwie nie od ciebie to zależy" ;-).

      Bardzo bym była ciekawa, co powiesz!

      Usuń
  5. Eh, wypatrywałam tej notki, wypatrywałam i i tak ją przegapiłam...
    Właściwie to nie mam do samej notki nic do dodania - sama jestem dopiero po "Asystencie" i cieszę się, że drugi tom ciągle przede mną. A może już w tym roku wydadzą trzeci?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jeszcze się szykuje notka o "Idź i czekaj mrozów"! :-)

      To masz fajnie, tempo w drugim wzrasta, mimo że jest dłuższy to czytało mi się go szybciej (nie powiem, poganiała mnie też dzika chęć dowiedzenia się "co dalej, co będzie dalej, jak to się skończy?!" ;-)). Wypatruję "Cienia Gildii" i liczę, że faktycznie wyjdzie w tym roku -- ale to ma być ponownie pół historii, drugie pół będzie w tomie czwartym, więc uzbrajam się równocześnie w cierpliwość :-).

      Usuń