Gdzie Rzym, gdzie Haliniszki albo o „Dworze w Haliniszkach” E. Dmochowskiej


Czy znalazła się nam oto polska Jane Austen? No… Nie. Ale czy można źle się bawić podczas lektury powieści, w której głównym kołem zamachowym fabuły jest wątek matki i siostry bohaterki, które chcą tę bohaterkę jak najszybciej wydać za mąż, bo potrzebują pieniędzy, by ufundować nowy zakon…?


Mąż, jak to zabawnie mieć męża! Ale i straszno, żeby na kilka dni, to jeszcze, ale na całe życie…
E. Dmochowska, Dwór w Haliniszkach, wydanie Wydawnictwa Oskar z 1991 roku

Odpowiedź brzmi: zawsze można. No, przepraszam, jestem psujzabawą. Ale za to postaram się Wam pokazać, że można bawić się dobrze – w moim przypadku pierwszy szok (Domownik może potwierdzić, że przy lekturze początkowych scen mruczałam pod nosem „Czy to jest na serio? Nie, ona żartuje, prawda?”) przeszedł w kontrolowany zachwyt. Czym? Uważam, że bardzo dużo o epoce można wyczytać z dzieł, które gdzieś tam zostały na jej obrzeżu: przejrzałych bestsellerów, literatury „wagonowej”, wszystkich tych książek czytanych z wypiekami na twarzy przez zastępy młodych dziewcząt. Czemu? Bo te powieści sprzedają nam pewien obraz epoki, który nie wszedł do kanonu, a swego czasu był popularny. U Dmochowskiej mamy bowiem wszystko to, o czym się wtedy mówiło: i emancypację (ba, bohaterowie ze zgrozą równą tej iksinowskiej u Prusa pytają jednej z bohaterek, czy aby nie jest emancypantką), i kłopoty z Kościołem katolickim na przełomie wieków (ach, ta masoneria!), i wciąż niezaleczone rany po powstaniu styczniowym, które wymiotło z domów młodzież, już nie mającą możliwości do nich powrócić.

Towarzyszyć nam dziś będą obrazy Franciszka Kostrzewskiego. Tutaj akurat ilustracja do "Pana Tadeusza". Źródło.

A przy tym „Dwór w Haliniszkach” to czystej wody romans, ustawiony w dekoracjach dość niecodziennych. Oto Zosia Halicka, hoża dziewoja z Wileńszczyzny, która marzy o podniesieniu z niemalże-ruin rodzinnego dworu, wychowywana przez babkę-patronkę-okolicy i zdroworozsądkowego stryja. Oto Jerzy Lipowski, we wczesnym dzieciństwie osierocony przez rodziców, którzy pozostawili mu po sobie tylko długi, wychowany przez ciotkę, niepewny siebie, swojej wartości i angstujący na potęgę (serio, ilość miejsca, które zabierają wewnętrzne monologi Jerzego pod tytułem „nie mogę kochać Zosi, mam długi po rodzicach, co oznacza, że dla mnie jedyną pociechą może być związek z prostytutką!” – nie pytajcie o logikę, Jerzy lubi podkreślać swoją złą sytuację; Dmochowska cudownie kontrapunktuje to przez pokazywanie reakcji mocno stąpającej po ziemi rodziny Halickich). Od początku wiemy, że oboje mają się ku sobie, pytanie tylko, jakie kłody rzuci im pod nogi autorka. A autorka co prawda sięga po kłody konwencjonalne również (mezalians), ale i takie dość rzadko jednak spotykane. Tu właśnie pojawia się cały wątek fundowania nowego zakonu. Bo widzicie, Zosię wychowuje babka nie dlatego, że dziewczyna jest sierotą, ale dlatego, że jej matka wraz ze starszą Zosi siostrą, Teresą Leonią (to podwójne imię w kontraście do samej Zosi powinno nas już naprowadzić na trop: matka najwyraźniej dużo bardziej od początku inwestuje w starszą swą latorośl) przebywa w Rzymie. Co tam robią? Otóż Teresa Leonia miała objawienie, gdzie nikt inny jak sama Matka Boska kazała jej założyć zakon.

Tutaj zaczyna się robić ciekawie, bo Dmochowska nie przedstawia tego jednoznacznie pozytywnie, co w powieści pełnej rozmodlonych postaci i w romansie, gdzie sporą rolę odgrywa audiencja u papieża (tak, tak, sam Leon XIII się nam tutaj pojawia) to wcale nie jest taką oczywistą decyzją. Nie przedstawia też tego jednoznacznie negatywnie (pytanie, czy dlatego, że nie wypadało). Rodzina jest pełna powątpiewania w objawienia Teresy Leonii, nawet ksiądz, z którym obie panie przestają w Rzymie jest nastawiony – ujmijmy to w ten sposób – lekko sceptycznie, w dodatku nie dowiadujemy się do końca, czy cała sprawa się udała. Natomiast jeśli bliskie Waszemu sercu są rozwiązania w postaci „złemu charakterowi powija się noga i na koniec cieszymy się z jego upadku”, to niestety Dmochowska takich wrażeń nie zapewnia. Czemu ten wątek „zakonny” tak wygląda? Podejrzewam, że trzeba go zobaczyć w szerszej ramie, w jaką autorka wpisuje swoich bohaterów i całą fabułę, a mianowicie: tryumf swojskiego nad piękniejszym, lecz cudzym. „Cudzy” jest Rzym i rzymskie wpływy wywierane na bohaterki, które Dmochowska opisuje – a w tym wszystkim „swojski” ma być Watykan, pozostający w oblężeniu (papież – więzień Watykanu, niechętny zjednoczonemu państwu włoskiemu), podobnie jak pozostająca pod rozbiorami Polska (przy czym, co ciekawe, bohaterowie ze zgrozą patrzą na włoską niepodległość, skoro wiąże się ona z końcem Państwa Kościelnego). „Polska” jest swojska, ale równocześnie może być „cudza” w tych swoich częściach, które są z dala od Haliniszek: i Królestwo, i Wilno nawet, choć bliskie geograficznie, może być „cudze”. Bo tą ostoją „swojskości” są właśnie Haliniszki. Tu, mówi Dmochowska, trzeba się brać za robotę, a nie szukać zajęcia gdzieś daleko. Nieustanne podkreślanie, że gdyby Teresa Leonia chciała wstąpić do jakiegoś zgromadzenia na miejscu, spotkałaby się z dużo mniejszym potępieniem ze strony rodziny, również naprowadza na ten trop. Może jeszcze jedna uwaga w tym temacie: Dmochowska zdaje się dość zdroworozsądkowo podchodzić do roli religii w życiu i związków tejże z patriotyzmem. Pisząc o audiencji Polaków u papieża, zauważa dość przewrotnie:

Byli to ludzie, którzy z krwią rycerskich przodków odziedziczyli, a z mlekiem pobożnych matek wyssali miłość do swojego Kościoła i wierność niewzruszoną, którzy, pomimo życiowych zmian i prądów i burz młodzieńczych, zachowali nietkniętą, nie wiarę może, lecz synowskie przywiązanie.

No właśnie: jak nie wiarę, no to może chociaż to przywiązanie.

Przyjrzyjmy się teraz przez chwilę Haliniszkom. Bo na pozór to takie słodkie, sielskie siedliszcze, jakich wiele w literaturze, ale jakby tak zdrapać pozłotkę bądź zlizać lukier to spod spodu wychodzi całe mnóstwo „ale”. I nie chodzi mi tu o to, co właściwie ledwo polukrowane, czyli cały wątek najstarszego syna babuni, który najwyraźniej zginął w powstaniu – Dmochowska operuje tu cały czas ogólnikami, zapewne ze względu na cenzurę (powieść ukazała się w 1903 roku). Ale weźmy nieustające aluzje, rzucane przez dziadunia, który portretowany jest jako nieszkodliwy, starszy pan. Z nich oraz z krótko przytoczonej historii życia babuni wynika, że wyszła ona za mąż jako piętnastolatka, objęła gospodarstwo, rodziła synów, a mąż w tym czasie przebywał w Wilnie, robił karierę i zdradzał ją, by po załamaniu się tejże kariery wrócić na wieś, do jej boku i powtarzać jej, jak bardzo ją kocha. Muszę przyznać, że brak jakiegokolwiek zwrócenia na ten fakt uwagi przez którąkolwiek z postaci mnie uwierał.

"Obrachunek robocizny". "Dwór..." przedstawia nam chłopów, pracujących w dobrach bohaterów, jako postaci niezaradne, bez opieki dworu nie dające sobie w życiu rady. Brzmi znajomo?

Możecie teraz zakrzyknąć, że taka była epoka, czegóż się spodziewałam. Ale widzicie, pod tym względem „Dwór...” jest dość specyficzny. Wystarczy wspomnieć, że Zosia nie pozostaje właściwie bierną uczestniczką wydarzeń, ale bierze sprawy we własne ręce. Gdyby chcieć pokazać w relacji Zosia – Jerzy stronę aktywną, to byłaby nią właśnie Zosia. W dodatku – tu lekkie spojlery, ostrzegam – Dmochowska nie kończy swojej historii od razu na „żyli długo i szczęśliwie”, ale pokazuje nam ślub, wesele, a nawet noc poślubną. Dla Zosi to moment przełomowy, bo uzmysławia ona sobie ze zgrozą, jak okropne musiałoby być małżeństwo z hrabią Paulinem Barberini-Baraniewskim, właśnie, jak sądzę, pod kątem wypełniania „obowiązków małżeńskich”. Ta postać to w ogóle jest rodzaj literackiej kpiny: zbiera w sobie wszystkich tych dekadenckich kochanków (dźwięczy w nim i rezonuje Sienkiewiczowski Leon, oj, jak bardzo!), w dodatku zostaje nazwany tak dziwnie, że nawet sama Zosia zauważa w tym śmieszność i przesadę.

O ile jednak hrabia Paulin z wiadomych względów zostaje odsunięty w cień, o tyle nie wszystkie postaci u Dmochowskiej miały tyle samo szczęścia, by doczekać się zakończenia swojego wątku. Ania, wierna towarzyszka Zosi, zostaje wyposażona w wątek nieszczęśliwej miłości, który właściwie stoi w miejscu i niewiele nam mówi, znika też jakoś bez echa, jak i sama Ania, na którą w pewnym momencie najwidoczniej zabrakło autorce pomysłu. Zresztą powieść cierpi na jeszcze jedną przypadłość: wprowadzanie postaci szybko i równie szybkie wykańczanie ich wątków gdzieś na drugim-trzecim planie. Serio, kilka razy musiałam wracać do miejsca, gdzie pojawił się tajemniczy ukochany jednej z bohaterek, żeby w ogóle zauważyć, że został wprowadzony. Inną kwestią, która może dzisiaj bawić, jest język Dmochowskiej, której zdarza się przysolić takim zdaniem jak: (…) koniczyna różowa i ciemna brunetka mieszały swe przenikliwe wonie. Generalnie jednak uważam „Dwór...” za zacną wyprawę w przeszłość ze sporą dawką kwestii do interpretacji. Przeczytajcie, co na ten temat myśli Tarnina i zapraszamy do dyskusji – w tym miesiącu tutaj. A za miesiąc spotykamy się piknikując z „Kobietą w bieli” Wilkiego Collinsa!


Weź dokładkę!

68 komentarze

  1. O, tej "koniczyny różowej" to nie zauważyłam, może dlatego, że te długie opisy to tak po łebkach czytałam. Ale nie bądźmy zbyt surowe, Żeromskiemu (jak wiemy) też się zdarzało ;). Mnie z kolei denerwowało nadużywanie wykrzykników, ale ogólnie sądzę, że Dmochowska pisze dosyć sprawnie.

    Wiesz, co mnie najbardziej uwierało w obrazie Haliniszek? Właśnie ten obrazek czcigodnej pani Marszałkowej karmiącej chłopskie dzieci cukrem z ręki, tak jak się karmi konia (to znaczy w powieściach konie lubią cukier, jak jest naprawdę, nie mam pojęcia ;)). O, taka łaskawa! Jak się zdrapie lukier, to tam spod spodu smutny obraz się wyłania. Edukacja, opieka nad zdrowiem - cudnie, ale Dmochowska jednak patrzy na chłopów trochę jak na część żywego inwentarza (lub jak na upośledzone dzieci).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam się jakoś bardzo często nie zdarzały takie cudnej urody opisy, ale koniczyna przykuła mój wzrok, więc postanowiłam ją wyłowić z tekstu i się podzielić ;-). Z kolei nie zauważyłam wykrzykników, nawet mam takie wrażenie, że emocjonalnie mimo wszystko ta powieść jest dość stonowana.

      Tak, opisy chłopów są dokładnie takie: bez "pańskiej" opieki to oni nawet nie pamiętają, żeby dzieci chrzcić, masowo umierają, a wszystko generalnie upada (jak w Białym Dworze). Jako że to już są chłopi wolni od pańszczyzny, to mi te obrazy przywodziły na myśl Tarę i "Przeminęło z wiatrem". Niewolników też opisywano w ten sposób, a w każdym razie bardzo podobnie, jako osoby, które same sobie "przecież" nie poradzą.

      No a Marszałkowa dla mnie była jednak postacią bardzo nieszczęśliwą, czy właściwie taką, która dopiero w tej swojej postaci matrony na starość się do końca odnalazła. Bo wcześniej -- no właśnie, a na Tobie jakie wrażenie wywierały te aluzje Marszałka?

      Usuń
    2. Jak najgorsze. A właściwie chodzi nie tyle o same uwagi Marszałka, co o sposób, w jaki one są w powieści potraktowane. Właściwie to moja irytacja koncentruje się na postaci babuni Marszałkowej. Bo to jest takie uosobienie strażniczki patriarchatu. To jest kobieta inteligentna, ze wszech miar zaradna, zdolna, żelazną ręką trzymająca gospodarstwo, nawet jej mąż (no, przyjmijmy, że łotr nawrócony) twierdzi, że bez niej poszedłby z torbami. Ale odrzuca od siebie wszelką myśl o niezależności, nie tylko dla siebie, ale także dla swoich wnuczek. Masz rację, że jej postać nieszczęśliwa, jej życiorys jest tragiczny. A jednak gorliwie pracuje nad utrzymaniem obecnego stanu rzeczy (czyli podległości kobiet) i dla swoich wnuczek pragnie tylko takiego samego (nie)szczęścia, jakie jej przypadło w udziale. Nawet z jej ust pada takie zdanie, na słowa Marszałka, że miał swoje grzeszki, ale przecież ją kochał najbardziej, że więcej szczęścia w małżeństwie ona nawet Zosi nie życzy. Przyznam się, że nawet pani Alina wydała mi się bardziej sympatyczna od marszałkowej. On przynajmniej jest prawdziwa w swoich dążeniach, to znaczy ma jakieś pragnienia i ośmiela się je realizować. Oczywiście te pragnienia są głupie i śmieszne i pani Antoniowa sama siebie oszukuje, bo nie o służbę Bogu jej chodzi, tylko o bycie na świeczniku, a przy okazji krzywdzi swoja córkę. Ale przecież pani Marszałkowa także krzywdzi Zosię, wtłaczając jej do głowy tylko taki wzór życia, jaki ona sama była zmuszona realizować, ograniczając jej horyzonty. Ech, w ogóle nieznośny jest sposób, w jaki Dmochowska traktuje sprawy kobiet. Wydaje mi się, że nawet jak na czasy, w których książka powstała, strasznie wsteczny.

      Usuń
    3. Jeśli wziąć na serio cały wątek Meli -- najpierw tej przerażającej "emancypantki", potem dziewczyny, która przyjmuje pierwszą propozycję małżeństwa, w dodatku od człowieka, o którym jego otoczenie nie ma najlepszego zdania (pada takie stwierdzenie już dość późno, wypowiada je bodaj brat-lekarz Emil) -- to mało jest u Dmochowskiej bezpośrednio wyrażanych idei równouprawnienia (lub czegoś w tym kształcie, żeby nie doszukiwać się współczesnych standardów w odległej jednak bądź co bądź epoce). Bardzo mi się podoba Twoja diagnoza Marszałkowej, bo to faktycznie jest ten rodzaj postaci: to, że traktuje ona swoje małżeństwo -- o którym wiemy, że za szczęśliwe jednak nie było, niezależnie od ilości powtórzeń, że było odwrotnie (zresztą ta ilość też zwraca uwagę, bo kiedy się nas usilnie o czymś przekonuje zaczynam, ja przynajmniej, nabierać podejrzeń, że coś tu jest nie tak) -- jako wzór, faktycznie może przyprawiać o gęsią skórkę.

      Z drugiej jednak strony w "Dworze..." znajdziemy to wszystko, o czym pisałam wyżej: czyli, było nie było, aktywną protagonistkę a jojczącego protagonistę :-). Co o tym sądzisz? Jak odbierałaś postać Zosi?

      Usuń
    4. Wydaje mi się, że bezpośrednio wyrażanych idei równouprawnienia nie ma u Dmochowskiej wcale. Bo przecież postać Meli wprowadzona jest po to, żeby te idee skompromitować. Najpierw wyraża je w głupiutki i prymitywny sposób i nikt nawet nie raczy jej oponować, spotyka się z pełnym wyższości pobłażaniem, a niech tam sobie pogada, szkoda sobie jej wywodami zwracać głowę. Właśnie w tym momencie moja irytacja na Dmochowska sięgnęła zenitu. Zresztą już w tym momencie wiedziałam, że Mela tylko po to wygłasza tę "emancypacyjną" orację, żeby potem mogła zmienić front i wstąpić na właściwą i naturalna dla kobiety ścieżkę. A żeby jeszcze bardziej ją skompromitować, autorka kazała Meli zakochać się bez opamiętania w pierwszym lepszym fircyku.

      Wracając do Zosi:polubiłam ją trochę w momencie, kiedy zdecydowała się jednak zdać na swój zdrowy chłopski rozum i stwierdziła, że jak ktoś jest dla niej dobry, to i ona dobra, a jak nie, to nie i pomimo nauk babuni, że postępowania rodziców dzieci nie powinny oceniać, za to zawsze powinny być posłuszne, postanowiła sprzeciwić się matce wobec planów matrymonialnych. Bo wcześniej Zosia wydała mi się okropnie dziecinna jak na osiemnastolatkę. Ale faktycznie jest to zastanawiające: pomimo, że powieść Dmochowskiej jest hymnem na cześć patriarchalnego społeczeństwa, w którym rola kobiety jest dokładnie określona, to jednak aktywną rolę maja tu wyłącznie kobiety, mężczyźni są bierni, poruszają się tylko na zasadzie inercji, w tę stronę, w którą pchną ich bohaterki. Bo to nie tylko jest Zosią, która zaciągnęła Jerzego przed ołtarz, to również Teresa Leonia, swoje zamierzenia realizująca z żelazną, bezwzględną konsekwencją, a nawet Wika, która okręciła sobie hrabiego Paulina wokół małego palca. Również Marszałkową można zaliczyć do tej kategorii, bo przecież to ona była faktyczną głową rodziny. Zastanawia mnie ten ambiwalentny przekaz. Jak sądzisz, tak po prostu wyszło autorce, czy to jednak był świadomy, ukryty przekaz? I jak Ci się wydaje, jakie są poglądy Dmochowskiej na małżeństwo? Wydaje mi się, że babunia udziela Zosi w tym względzie jakby sprzecznych nauk.

      Usuń
    5. Bo Zosia to jest w ogóle fascynujący przypadek -- zobacz, że ona też na przykład tę wolę do walki o siebie traci po płomiennym kazaniu tego rzymskiego dominikanina. Powiedziałabym, że to dość mocno niekonwencjonalne posunięcie jak na czasy i na główne przesłanie powieści. Oczywiście można tutaj interpretować to tak, że piękne kazania są przeciwstawione zwykłym, wygłaszanym przez białogórskiego proboszcza, ale nie zmienia to faktu, że pokazane nam to jest przez pryzmat zmiany postępowania Zosi właśnie.

      Tak, masz rację, to kobiety są tutaj aktywne, z działających mężczyzn wymieniłabym tylko Adama, który przecież nawet do Rzymu się wyprawia. Ale on jest też dość specyficznie napisany: stary kawaler, któremu ukochana zmarła tuż przed ślubem -- jeden z szeregu wdowców/wdów i starych panien pojawiający się na kartach powieści. Pytanie, czy tak wyszło, czy to jest zaprojektowane...? Podoba mi się Twoja intuicja z kobietami-strażniczkami patriarchatu czy też kobietami działającymi w obrębie pewnej określonej sieci odniesień kulturowych (jak zwał, tak zwał), można by tutaj wtedy pokazywać, że ta aktywność bohaterek jest limitowana. A jednak cały czas mnie zastanawia ta "nieczynność" mężczyzn -- z czego ona wynika? Ze złamania powstaniem? Trochę to by był za długi proces, prawda?

      W jakim sensie sprzecznych, możesz rozwinąć?

      Usuń
    6. Och bo ta powiesc jest nafaszerowana archetypami takimi i Marszalkowa sie w to wpisuje. Natomiast nie do konca jest przedstawiana jako strazniczka patriarchatu w tym sensie ze na przyklad generalnie po prostu zarzadza tym dworem. Naprawde, nie tylko symbolicznie jako ta Matka Polka. Zarzadza pieniedzmi co w tamtym czasie bylo bardzo rzadkie. Maz ja prosi o wyplate na jakis dlug i jest jasne ze Marszalkowa trzyma ster. I to akurat lubilam. Zyla w takich okolicznosciach w jakich zyla, zostala uksztaltowana przez takie a nie inne srodowisko i wywalczyla sobie - przy calej ogromnej, niekiedy slepej milosci do meza - tyle niezaleznosci ile zdolala. Zosia to kontynuuje bo sama siega po szczescie, lamie konwenans z hukiem wyznajac Jerzemu swoje uczucia.

      Natomiast w kwestii chlopow to nie wiem. To znaczy nie wiem do jakiego stopnia to realne bylo. Ktorys historyk powiedzial kiedys, ze cale te problemy wieku dziewietnastego w Polsce to jest kara za traktowanie chlopow jakby byli bydlem. A potem wszyscy sie nagle budza do pracy u podstaw. Los chlopow w duzej mierze zalezal od tego jaki byl pan na wlosciach. Jak miales szczescie to mogles sie uczyc i lekarstwa ci byly dostarczane, jak nie to byles jak to bydlo traktowany. Przypomina mi sie dziennik Anny Potockiej i to jak opowiadala kiedy pierwszy raz jechala ze swiezo poslubionym mezem przez swoje folwarki i widziala chlopow w karczmie i w calej swojej mlodzienczej naiwnosci pelna idealow myslala "no, ale to juz ostatni raz". A potem jak wybudowali nowe czworaki z oknami i innymi szykanami a chlopi sie w ogole przeprowadzac nie chcieli i dopiero potem przyznali ze pani racje miala. I ta klotnia z Radziwillem na jakim raucie, kiedy Anna opowiadala, ze cale rodziny potrafia mieszkac w domkach, ktore nie sa wieksze od kanapy w tym salonie.I Radziwill sie wysmiewal, ze to jakies babskie histerie, Anna wezwala swiadkow obmierzyla kanape i udowodnila ze miala racje. Wydaje mi sie, ze generalnie wlasnie Marszalkowa przez samo swoje zainteresowanie i codzienny kontakt jest ustawiana jako wyjatek i wzor zarazem. A ze daje dzieciom cukier? To sie do dzis nie zmienia, sa tacy krewni, ktorzy tylko slodycze dzieciom w prezencie daja. A w tamtych czasach cukier to luksus, wcale nie przesadzam.

      PS Konie to cukier lubia bardzo, co nie znaczy ze nalezy go im dawac. Ponoc marchewki sa lepsze :)

      Usuń
    7. W ogole mam wrazenie ze problem feministyczny z Marszalkowa bierze sie z faktu, ze przykladamy do niej dzisiejsze idee feministyczne. Z tego wlasnie powodu mam problem z tym calym nurtem Regency Romance, bo mam wrazenie, ze osoby przebrane w dziewietnastowieczne kostiumy wyrazaja bardzo wspolczesnie feministyczne poglady. W jednej tylko ksiazce natrafilam na bohaterke, ktora wyraza idee feministyczne w sposob, w jaki moglaby je ujac kobieta tamtych czasow - mowi ze dziewczynki trzeba edukowac absolutnie takze dlatego, ze jesli doznaja rozczarowania w malzenstwie musza znalezc inne sposoby na nadanie zyciu sensu w ramach tegoz malzenstwa. Myslenie ze kobieta moglaby byc zupelnie niezalezna (w sensie niezamezna) i znajdowac w tym swoje szczescie to jeszcze troche za daleko. (Tak ja wiem, ze byly wyjatki. Ale tym wlasnie byly. Wyjatkami). Te kobiety byly przez cale swoje zycie przygotowywane do malzenstwa wlasnie nic wiec dziwnego ze tak wlasnie postrzegaly swoja role, spelnienie powolania, bycie narodowi pozyteczna i nadanie zyciu sensu.

      Usuń
    8. Ale zastanawiam się, na ile jedno (wcielanie w życie pewnej teorii, w tym wypadku związanych z prymatem płci jednej nad drugą) wyklucza drugie (praktykę, w której ta płeć "prymarna" okazuje się wcale taka nie być)? Przy czym jeszcze muszę nadmienić, że mnie się ta miłość Marszałków z obu stron wydawała bardzo często deklaratywna przede wszystkim, bo z jednej strony były właśnie piękne słowa, z drugiej zaś co najmniej gorzkie wspomnienia. Mieli jedną taką chwilę, kiedy faktycznie zasłona opadała i zostawała szczerość, stwierdzenie prosto z mostu jak coś wyglądało -- kiedy Marszałkowa wspominała o dopłacie za wyprawienie balu.

      Oczywiście, ale u Dmochowskiej my już mamy chłopów wolnych, to znaczy nie obciążonych pańszczyzną -- chyba (?) uwłaszczonych (albo może częściowo?), więc ta zależność od panów jest tutaj trochę inna. A Dmochowska ustawia to jednak ciągle w kategoriach podrzędności: bez panów chłopi marnieją.

      Natomiast co do ustawiania postaci we współczesnej optyce: mnie, przyznaję, najbardziej w tej postaci cały czas zastanawia to, że nikt, ale to nikt, nie powie wreszcie jej mężowi, żeby przestał rzucać te aluzje do swojego hulaszczego trybu życia. Przy czym w tym, jak małżeństwo widzi Zosia, też jest sporo dwuznaczności (stąd też taki cytat wybrałam na początek tekstu), w rozstrzygnięciu których Marszałkowa nie pomaga, bo właściwie nie zabiera głosu, prawda?

      Usuń
    9. Ale mnie sie wydaje ze to jest takie myslenie ze mezczyzna sie musi wyszumiec albo ze no po prostu - mezczyzni juz tacy sa. I to sie toleruje. W Kufrze Kasyldy sa wspomnienia Aleksandry z Tanskich Tarczewskiej i tam wlasciwie bardzo wyraznie, prostym tekstem jest napisane ze nie ma nic gorszego dla skromnie wychowanej dziewczyny niz pierwsze tygodnie po slubie (!!!) a potem nie pozostawia sie watpliwosci ze Marceli mial przed slubem rozne przygody a i po slubie "wyrzadzal rozne niecnoty" i jakie to dziwne, ze mezczyzni wrecz sie chlubia tymi brudnymi chuci. Duch "takie jest zycie" unosil sie nad tymi zdaniami a rownoczesnie sama Tarczewska uznawala Marcelego za "najlepszego z mezow" bez zadnej ironii. Owszem to bylo duzo wczesniej, ale te rzeczy zmieniaja sie bardzo powoli.

      Usuń
    10. allegra_walker22 czerwca 2017 09:45

      @ nikt, ale to nikt, nie powie wreszcie jej mężowi, żeby przestał rzucać te aluzje do swojego hulaszczego trybu życia

      Przypuszczam, że nawet dzisiaj, kiedy jakiś starszy pan zacznie opowiadać tego typu anegdotki z życia wzięte, rodzina będzie słuchać (a raczej wpuszczać jednym uchem, a wypuszczać drugim) trochę z grzeczności, trochę z litości, i nie powie "niechże się dziadek uspokoi, słyszeliśmy już te żałosne historyjki milion razy". A wtedy - tym bardziej. Marszałek jest panem domu, jest stary, jest zasłużony - kto mógłby mu coś takiego powiedzieć?

      Usuń
    11. Przepraszam, że wczoraj opuściłam dyskusję, znowu mnie zmogła choroba i nie miałam siły na żaden wysiłek intelektualny.

      Nie, w żaden sposób nie mogę się przekonać do postaci Marszałkowej. @Hannah - "kwestia cukru" ;), tak, ja wiem, że cukier to był rarytas (choć i dla koni, i dla wiejskich dzieci byłoby pewnie zdrowiej, gdyby dostały marchewkę), co nie zmienia faktu, że ten obrazek po prostu mi się nie podoba. To znaczy wywołuje u mnie zupełnie inne odczucia, niż to sobie autorka zamierzyła. Jakoś przekornie nie czuję cienia sympatii do tej "ludzkiej pani". Po drugie, tak, ona rzeczywiście ma faktyczną władzę w majątku, faktycznie nim zarządza - tym więcej mam jej do zarzucenia jako "strażniczce patriarchatu". Bo jej przykład mógłby być dla wnuczek bardzo inspirujący, zobaczcie, babunia świetnie prowadzi interesy, bo kobiety wcale nie są upośledzonymi i potrzebującymi opieki istotami. Tymczasem ona umacnia w wnuczkach postawę podległości mężczyźnie. (A to już był koniuszek XIX w. i działały już wtedy sufrażystki, więc te idee niezależności i równouprawnienia już po świecie krążyły, no nie wymagam od babuni bycia sufrażystką, ale Dmochowska nie musiała się wyżywać na "emancypantkach").

      I tu wracamy do kwestii, która poruszyła @Pyza, czyli tej dwoistości przekazu "Haliniszek", tzn. że to właśnie "słaba płeć" jest stroną aktywną w powieści, jakby na przekór deklaracjom, które padają otwartym tekstem. Wydaje mi się, że to nie był świadomy zabieg autorki, tylko wyszło tu na jaw coś, co tkwi głęboko w mentalności polskich kobiet, nawet w czasach obecnych. To jakieś dziwne samoograniczanie się, umniejszanie swojej roli i swojego znaczenia. Na przykład aktywna i odnosząca sukcesy zawodowe kobieta wychodzi za mąż, po czym potulnie przyjmuje, że to mąż jest głową rodziny i odtąd to ona dostosowuje swoje życie zawodowe do niego (co się równa rezygnacji z własnego rozwoju), chociaż jako rodzina wyszliby lepiej, gdyby było odwrotnie. Znam takie przypadki kobiet z mojego pokolenia. Być może to bóstwo mężczyzny jest im po prostu konieczne, a jeśli ich mężczyzna słabo się na bóstwo nadaje, cóż, wtedy kobieta sama musi zmaleć, żeby on mógł się wydać wielki. Nie wiązałabym tej pasywności męskich bohaterów "Dworu w Haliniszkach" z żadnymi zaszłościami historycznymi, wydaje mi się, że tak świat, w którym żyła autorka, wyglądał: mężczyźni nim nominalnie władają, ale to kobiety wprawiają go w ruch, pozostając jednak w cieniu.

      Co do małżeństwa i nauk Marszałkowej udzielanych Zosi: biedna Zosia, naprawdę mogła mieć mętlik w głowie, bo z jednej strony iść za mąż bez miłości to grzech. Z drugiej strony babunia też mówi, że za mąż idzie się nie żeby znaleźć szczęście, tylko dla wypełnienia obowiązku (czyli jak rozumiem rodzenia dzieci). I dopiero to poczucie spełniania obowiązku daje szczęście. Czyli właściwie iść za mąż z miłości to też grzech. Oczywiście to jest romans, więc Zosi dane będzie mieć to wszystko na raz: i miłość, i święty obowiązek. Ale cała teoria związków małżeńskich w "Haliniszkach" jest dla mnie dosyć mętna. Wydaje mi się też, że Mela zmierza do małżeńskiej katastrofy, chyba dlatego, że wychodząc za mąż w ogóle nie myślała o obowiązku (tylko o przyjemności - całowali się, o zgrozo, przed ślubem), jak sądzisz, Pyzo?

      Usuń
    12. No nie moge sie zgodzic. Sufrazystki to koniec dziewietnastego, poczatek XX wieku. W jaki sposob osoba, ktora liczy sobie lat siedemdziesiat i zapewne sie z tym ruchem nie zetknela mialaby przekazywac dzisiejsze feministyczne wartosci nie potrafie sobie wyobrazic. I ona wcale nie przekonuje do uleglosci mezczyznie. Przekonuje owszem do malzenstwa, ale nie wywiera wcale presji w odroznieniu od tych wyrachowanych potworow, matki i siostry Zosi. Przeciez pragnie dla wnuczki malzenstwa z milosci. To nie jest tozsame z ulegloscia. I nie musi przekonywac slowami, ze kobieta potrafi, przekonuje czynami, znacznie skuteczniej. Byloby gorzej gdyby miala usta pelne frazesow o wolnosci kobiet a czynami przekonywala o czyms wrecz przeciwnym.
      Mozliwe ze moj odbior relacji Marszalkowej z chlopstwem jest tez w jakis sposob zabarwiony lektura Elizabeth i jej ogrod. Jak to czytalam, to mi zeby zgrzytaly, bo tu wlasnie byla pani na wlosciach, ktora chlopi nie obchodzili zupelnie, pokazywala sie z obowiazku na roznych ochronkowych imprezach, ktore traktowala jak dopust boski i doprawdy tu przebijalo to takie przeswiadczenie, ze chlopi to bydlo. (Dodatkowo bylo to zapewne zabarwione faktem, ze mamy do czynienia z zona niemieckiego arystokraty, ktory Polakow traktuje z gory a polskich chlopow to juz w ogole). Na tym tle Marszalkowa przynajmniej chce sie zaangazowac.

      Usuń
    13. Pozwólcie, że wrócę do kwestii małżeństwa: moim zdaniem Dmochowska wpisuje się w całą tę dyskusję, która przetaczała się przez cały praktycznie wiek XIX, czyli małżeństwo z miłości vs. małżeństwo podyktowane warunkami ekonomicznymi/klasą społeczną/potrzebami otoczenia. Przy czym sądzę, że dość jasno stawia granicę: Antoniowa i Teresa Leonia uznają to drugie za ważniejsze, rodzina Halickich zaś (to znaczy: pozostali jej członkowie) jednak to pierwsze. Co ciekawe jednak mam wrażenie, że wynika to z tego, że uważają sytuację Zosi za w miarę stabilną i pada nie raz, że ona może sobie "pozwolić" na małżeństwo z miłości. Więc te pobudki nie są takie czysto altruistyczne ;-). Co widać też w wątku Ani: jej ukochany ekonomicznie stoi, no, właściwie bardzo nisko przez swój nałóg, ona sama nie ma majątku, niezależnie od wielkości uczucia nikt nie będzie Ani rekomendował Wacława ani próbował ją przekonywać, by o niego walczyła.

      A jak już przy kwestii przyjemności i obowiązku jesteśmy: mnie zaskoczyło, że Dmochowska umieściła w powieści opis nocy poślubnej razem z dobrymi radami Marszałkowej, jak się zachować :-). To kolejna kwestia jak na epokę chyba dość odważna, prawda?

      Usuń
    14. Hannah, tego chyba nie uda nam się dociec, co mogła, a czego nie mogła myśleć siedemdziesięcioletnia osoba sto lat temu, zważywszy, że na bohaterów powieści wybiera się jednostki nieprzeciętne. Ja też wcale nie wymagam od Marszałkowej głoszenia idei feministycznych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Natomiast uważam, że kobieta, która ją powołała do życia, czyli Dmochowska, mogłaby być trochę bardziej postępowa (a tymczasem Mela z jej "emancypacją"...). "Haliniszki" to przecież ta sama epoka co "Zielone wzgórze", Montgomery też nie wyraża wprost idei feministycznych, ale jednak przekaz tych powieści jest różny. I nie przypominam sobie, żeby Maryla prawiła Ani kazania na temat, jak to ma sobie znaleźć męża i wypełniać "wolę Bożą". (Tu ciekawa jest postać haliniskiej Ani, bo o niej wiadomo, że nie jest przeznaczona do małżeństwa i rzeczywiście ona znajduje sobie jakiś inny cel w życiu, no ale to wszystko z powodu jej wątłego zdrowia). Masz rację, Marszałkowa nie zmusza Zosi do małżeństwa, ale chyba tylko dlatego, że uważa, że to samo w końcu przyjdzie, gdyby Zosia miała lat dwadzieścia parę, to podejrzewam, że rozmowa byłaby jednak nieco inna.

      Pyzo, mnie też to zaskoczyło ;) Naturalnym zakończeniem byłaby sceną ślubu. A tymczasem:
      "- Co to będzie? Co to będzie? - myślała i dreszcz nią wstrząsał. - Ale babunia mówiła, że mężowi trzeba zupełnie zaufać." Biedna Zosia, ciekawe, czy to było wszystko, co powiedziano jej na temat pożycia małżeńskiego. Na szczęście potem "ją porwała wielka fala miłości" i "oddała mu się cała". Ale nic nam nie wiadomo na temat, jak jej się to podobało ;). Ojej, naprawdę wolałabym, żeby Dmochowska urwała powieść w kościele (a zauważyłyście, że ksiądz większą odpowiedzialność za przyszłe szczęście składa na barkach żony?). Może zamieszczenie tej sceny było odważne, ale już jej wymowa jak najbardziej zgadza się z duchem epoki: mężczyzna ma potrzeby, a uczciwa kobieta tylko się mężowi "oddaje". I jeszcze jedno mnie zastanawia - kto był docelowym czytelnikiem tej powieści? Dmochowska kierowała ją do młodych panienek, czy miała na myśli szerszą publiczność?

      Usuń
    15. Sądząc po jej reakcjach rankiem jakoś ją satysfakcjonowało pożycie z Jerzym, Dmochowska daje nam niewiele wskazówek, ale coś tam jednak dopowiada ;-). Natomiast co do księdza: mnie to nie zdziwiło w tym kontekście, ale jak zestawimy to ślubne kazanie z tym rzymskim, po którym Zosię ogarnęła obojętność, to robi się ciekawie. Bo znowu wraca nam motyw "czy to grzech wyjść za mąż bez miłości, czy nie?".

      Dobre, Tarnino, pytanie z tymi odbiorcami. Bo sądząc po tym, co niżej pisała Allegra, Dmochowska zazwyczaj jednak pisała nieco inaczej, czy przynajmniej w inny sposób konstruowała wątki niż w "Dworze..."! Może byśmy jeszcze jakiś piknik z nią urządziły dla porównania :-)?

      Usuń
    16. Być może szansonistki i ulicznice dobrze Jerzego wyszkoliły. Alternatywnie, Zosia była zadowolona, że już "po wszystkim" ;)
      Co do kazań, to wciąż twierdzę, że są w tym względzie niespójne, niezależnie od tego, kto ich udziela. Mnie też kazanie proboszcza nie zdziwiło, bo w czasach swojego dzieciństwa jeszcze słyszałam podobne kazania w swoim kościele.

      Jeśli chodzi o mnie, to na razie wystarczy mi jeden piknik z Emmą Dmochowską. Ale kiedyś, kto wie...

      Usuń
    17. Och wiemy, że jej się podobało. Wszak usta Jerzego dały jej wiele doznań upojnych prostym tekstem napisano. No i w kwestiach namiętności to naprawdę Mniszkówna czystej wody jest, te melodramaty Jerzego wcześniejsze też bardzo są Mniszkównowe. Wspominałam już w komentarzach Aleksandrę Tarczewską, która w swoich pamiętnikach inne zgoła doświadczenia opisywała - jej mąż Marceli nie był niewinnym chłopięciem a mimo to Aleksandra uważała ona sama uważała że pierwsze tygodnie po ślubie to dopust boski jest. Zosia przynajmniej miała więcej szczęścia :)

      W kwestii małżeństwa z miłości najmocniej wybrzmiewa moim zdaniem właśnie to co mówi Marszałkowa, że wychodząc za mąż bez miłości popełnia się grzech bo nie kochając nie otwiera się serca wobec tej drugiej osoby, która właśnie na to powinna móc liczyć. Nie daje się tego co jest podstawą małżeństwa czyli właśnie zaufania i pełnej otwartości. To mnie bardzo ujęło. W tamtych czasach z ust Marszałkowej - naprawdę miało to swoją wagę.

      I też mnie uderzyło jak to ta żona w całości za szczęście małżeńskie odpowiedzialna i zęby mi zgrzytnęły.

      Usuń
    18. Widzę, że muszę nadrobić karygodne braki i zapoznać się wreszcie z Mniszkówną, bo bez tego ani rusz ;)

      Tak, rzeczywiście te słowa Marszałkowej są bardzo ładne. Z drugiej strony w ogóle nie wyjść za mąż - to też grzech, bo wtedy kobieta nie spełnia swojego podstawowego obowiązku. Miłość jednak była luksusem, który nie wszystkim przypadał w udziale.

      Usuń
    19. Też czuję, że docieram do etapu w czytelniczym rozwoju, kiedy powinnam zajrzeć do Mniszkówny :-) (a może ją by tak zaprosić na Piknik...? ;-), bo trochę się boję ją czytać w samotności :-D).

      @Tarnina, no tak, ale mamy cały czas postać Zosi, która uosabia wszystkie te kobiety, które mają się realizować poza małżeństwem -- i stanowiącą jej odbicie postać ciotki Pauliny.

      Usuń
  2. Tak czytałem tę recenzję, i czytałem i tak się nie mogłem opędzić wrażeniu, że to Kraszewski czystej wody, dla niepoznaki z damskim pseudonimem. Najbardziej kojarzyła mi się "Mogilna" (http://zacofany-w-lekturze.pl/2011/09/kraszewski-i-tak-gora.html), może przez tę wieś sielską :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, nie wiem, na ile tutaj te wątki ze sobą korespondują: sielska wieś jest, owszem, ale "narodowościowe" tracenie bądź zyskiwanie majątków nie -- jeśli ktoś majątek traci, to z czysto ekonomicznych pobudek, ewentualnie wpada w długi i musi się wyprzedawać. Dmochowska też pisze inaczej niż Kraszewski (dla mnie jego powieści to jest zawsze rodzaj political fiction ;-)), chociaż nie wykluczałabym jego wpływów. W końcu na mało kogo nie wpłynął ;-).

      Usuń
    2. Nie miałem na myśli podobieństw fabularnych, tylko raczej całą metodę pisania powieści, z tyradami, czernią i bielą, papierowością typów etc.
      Ale JIK i political fiction? W życiu. Sugeruję absolutnie kultowy Dziennik Serafiny, koleżanki były zachwycone :)

      Usuń
    3. A ja mam taką teorię ;-).

      Zapisuję sobie "Dziennik Serafiny" do sprawdzenia. Co się tyczy sposobu pisania: Dmochowska jest jednak ciut późniejsza, a i docelowa grupa czytelników chyba nieco inna (ale nie jestem pewna), przy czym tak jak mówię: wpływów żadnych nie wykluczam :-).

      Usuń
    4. No cóż, być może w przypadku powieści historycznych coś w tym może być (aczkolwiek chyba większość to po prostu barwne gawędy na motywach zaczerpniętych z jakichś wspomnień czy diariuszy). Jego książki obyczajowe to jednak trochęcoś innego; i zdecydowanie je wolę.

      Usuń
    5. Sięgnę po któregoś z "obyczajowych" Kraszewskich, żeby się przekonać, co do tej pory traciłam :-).

      Usuń
  3. A ja przy czytaniu recenzji pomyślałam, że to Jerzy ze swoimi rozmyślaniami pachnie trochę Leonem ("Bez dogmatu"). Zwłaszcza jeżeli chodzi o tok rozumowania. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, z tym że Leon nie był kreowany na wzór do naśladowania, a Jerzy tak (to znaczy jest młodzieńcem zasługującym na podziw, przynajmniej w oczach autorki).

      Usuń
    2. @Niekoniecznie Papierowa, Jerzy mimo snucia się i rozpaczania jednak nie jest tak Leonowaty jak hrabia Paulin. Tam naprawdę są sceny bardzo do siebie zbliżone, choćby rozmyślanie, jak to miła, "przyziemna" panienka sprowadziłaby go pewnie na dobrą drogę, ale on jej nie kocha, a może jednak kocha, no ale wampa z drugiego pokoju, kobietę fatalną, kocha może bardziej i tym podobne ;-).

      @Tarnina, no właśnie, dokładnie tak jest: Jerzy jest wzorem cnót, ale tylko do pewnego stopnia. Bo jego zachowanie zadziwia nawet haliniskich gospodarzy (no, to co prawda ma być element komiczny, ale jednak), przy czym trzeba tu odjąć jego wewnętrzne monologi samoumartwiania się, te raczej nie są wskazane jako cnotliwe.

      Usuń
    3. Pyzo, właśnie nie wiem, czy te monologi nie są ukazane jako cnotliwe. Wydaje mi się, że dla Dmochowskiej zupełnie naturalne jest, że kobiety dzielą się na żony i dziwki (znane również jako szansonistki albo dziewczyny uliczne), te drugie istnieć muszą, żeby cnotliwi chłopcy nie brukali dziewcząt przeznaczonych na żony (ale nie warto się nimi przejmować). Bo nawet cnotliwi chłopcy mają swoje potrzeby i muszą je jakoś zaspokajać, zauważ, że skoki w bok Marszałka też są przedstawione jako coś zupełnie zwykłego, nie zasługującego na stanowcze potępienie.

      Usuń
    4. Hm, możliwe całkiem, to by tłumaczyło, czemu jest tych monologów tyle i czemu ten argument wciąż na nowo powraca. Nie zmienia to faktu, że Jerzy poszczególnym członkom rodu Halickich wydaje się dziwny -- Marszałek narzeka na jego "syberyjskie obyczaje", Adam dziwi się, że nie chce wydzierżawić Białego Dworu.

      Usuń
    5. No ale na syberyjskie obyczaje Marszalek narzeka wtedy dopiero, kiedy Jerzy jest zbyt rozkojarzony zeby podtrzymac salonowa konwersacje bo tu burza w sercu. I wtedy jest postrzegany jako mruk jakis, kompletnie zdziczal na tej Syberii. Przedtem jest traktowany jako ktos moze powazny ale to w koncu zrozumiale. Natomiast jego rozdrapy w kwestii ze tak bardzo bym chcial czystej cnotliwej kobiety i prawdziwego domowego ogniska ale dla mnie to tylko szansonistki i aktoreczki maja pokazac glebie jego cierpienia. Dwuznacznosc moralna w ogole tu w gre nie wchodzi, bardzo jasno widac ze jest to podzial i zachowanie w pelni akceptowalne dla mezczyzn, dokladnie tak jak Tarnina pisze, sa zony i dziwki i tak ten swiat wyglada dla postaci w ksiazce.

      Usuń
    6. allegra_walker21 czerwca 2017 13:58

      Wokulski w Paryżu "pił koniak, grał w karty i w ruletę albo oddawał się rozpuście" - ale jednocześnie kocha, ach! jak kocha! - i narratorowi nawet nie przyjdzie do głowy, że to nie są zupełnie odrębne sfery życia, że może ciężko pogodzić jedno z drugim.

      Nawiasem mówiąc, Jerzy jakoś nie zakłada, że będzie żyć cnotliwie w stanie kawalerskim. Zbyt mało prawdopodobne? Zbyt mało dramatyczne?

      Usuń
    7. Zastanawiam się jeszcze, czy to "zdziczenie" Jerzego nie miało też związku z cenzurą: to znaczy w ten sposób Dmochowska chciała jakoś pokazać (w domyśle: negatywny) wpływ kultury zaborcy? Ale to takie luźne skojarzenie, nie wiem, co o nim myślicie :-)?

      No cóż mogę powiedzieć, zgadzam się z Wami w kwestii podwójnej moralności -- czy jakby to lepiej nazwać -- Jerzego. To, że te dwie sfery (uczuć i seksu) są tutaj rozdzielone, faktycznie wydaje się być charakterystyczne dla epoki. Z tym że ta druga sfera, którą miałby zaspokajać w objęciach szansonistek, malowana jest przez niego jako rodzaj wyrzeczenia, pokuty, coś podobnego w gruncie rzeczy do spłacania dzieci Pawłowej.

      Usuń
  4. Przyznaję, że nie zmogłam do końca"Haliniszek". Kudy tam autorce do dowcipnego i lekkiego stylu Austen! Za dużo morałów z cukrem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, zdecydowanie Austen Dmochowska nie jest, ale między wierszami przedstawia sporo ciekawych kwestii obyczajowych, które w literaturze z kanonu mogą umknąć :-).

      Usuń
  5. Przyznam ze watek Leonii i jej matki w pewnym sensie jest najciekawszy i tu najbardziej widac, jak bardzo Dmochowska nie jest Austen. Austen z takiego watku uczynilaby perelke. Jej ironia i morderczy brak litosci dla glupcow i hipokrytow mialyby uzywanie. To bylby glowny watek satyryczny, pokazanie tego cudownego kontrastu, tego przekonania o wlasnej moralnej wyzszosci i wypelnianiu woli boskiej kiedy rownoczesnie widac jak na dloni, ze jedynym motorem dzialan tych kobiet jest ich egoizm i megalomania. To ciagle gadanie o ponoszeniu ofiar, kiedy w ich oczach ewidetnie ofiary maja ponosic inni, Leonia i jej matka robia po prostu to co chca i chca jeszcze poklasku dla ich bezinteresownosci. Och zaprawde powiadam wam, Austen mialaby uzywanie.
    No ale tu wychodzi problem z XIX wieczna polska literatura ktora znam - ona koturnowa jest bardzo. Bo dla mnie nie ma watpliwosci ze Dmochowska od poczatku ustawia Leonie i jej matke jako postacie negatywne, pokazujac ich totalne wyrachowanie w powolaniu. Leonia nie przylaczy sie wszak do szarytek, bo to takie przyziemne pomagac biednym i dac sie zbrukac pospolstwu, ona jest stworzona do wyzszych celow, do zakonu ktory bylby wyrafinowany, elegancki a przede wszystkim wygodny. Przeciez to jest rownoczesnie komiczne i grozne widziec te hipokryzje i wyrachowanie podszyte calkowita bezwzglednoscia. (Bedzie dla mnie bardzo korzystne jesli mama sie przylaczy mowi Leonia i w tym momencie juz wiemy, czego one szukaja). Ale tylko groza jest wydobyta przez Dmochowska. Poczucie humoru to cos tak frywolnego ze nie uchodzi a satyra to juz w ogole damie nie przystoi. Nawet Blekitny zamek w tlumaczeniu ocenzurowano, kiedy Montgomery byla zbyt satyryczna a to przeciez znacznie pozniej.

    Zosia mnie rozczulila jako takie archetypowe zlote hoze polskie dziewcze z dworku. No naprawde to archetyp jest. I wszystkie elementy ma. Naiwnosc i czystosc i taka dziecinnosc troche i hozosc konieczna (Ania jest skontrastowana jako niepelny archetyp). Troche mnie denerwowalo stereotypowe poprowadzenie postaci Meli. Bo Mela moglaby byc alternatywa dla Zosi i Jerzego w tym sensie, ze moglaby pokazywac inny model malzenstwa. (Oczywiscie ten caly watek jak to Mela jest emancypantka dopoki sie nie zakocha wkurza mnie niemozebnie no ale tu to stulecie roznicy najywrazniej widac). Mam zal, bo myslalam, ze Mela bedzie kims w rodzaju Klementyny z Tanskich Hoffmanowej, kobieta, ktora wyszla za maz z ogromnej (i bardzo romantycznie postrzeganej) milosci i dostala od meza pelne wsparcie w kwestii kariery, pisarstwa i ogolnie niezalezonosci. I ja wiem, ze ona byla wyjatkiem ale akurat Dmochowska moglaby to troche bardziej rozwinac. Literatura popularna przez swoja nomen omen popularnosc moglaby zmieniac postrzeganie takich rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano miałaby, zdecydowanie miałaby. Problem z polską literaturą XIX wieku i poszukiwaniem ewentualnej polskiej Jane Austen nie leży tylko w periodyzacji (widzieliśmy wszyscy, jak wyglądała sytuacja z Marią Wirtemberską i choć epoka ta sama, to jednak poziom nie ten sam), ale też w roli, jaką ta literatura miała pełnić. Jednak wyzwolenie się literatury z funkcji motywująco-patriotyczno-służebnej nastąpiło później, Dmochowska jednak mimo wszystko cały czas trwa w tym paradygmacie i stąd te morały, dość zachowawcze prowadzenie odważnych wątków, a losy bohaterów napisane tak a nie inaczej. Myślę tak sobie teraz, że może kluczem do znalezienia "polskiej Jane Austen" nie jest epoka, ale podobieństwo tematu i zmysłu obserwacyjnego? Szukać by chyba trzeba było jednak już w XX wieku...?

      Właśnie z Anią mam problem, bo ona jest wprowadzona dla kontrastu -- to jest dla mnie oczywiste -- ale potem zupełnie ginie, nie pełni specjalnej funkcji w fabule, no i co z przyrzeczeniem, że dziewczęta zawsze będą razem? Zosia w pewnym momencie zdaje się zupełnie o tym nie pamiętać, nawet na marginesie ten temat nie wraca. Co do Meli zaś, to tutaj pojawia się ciekawa kwestia: bo ona wychodzi za mąż z miłości, w ogóle to maglowanie kwestii, czy za mąż się wychodzi z miłości czy z interesów się przewija przez cały "Dwór...". Nawet w kontekście religijnym, gdzie wytyka się, że małżeństwo bez miłości to grzech (scysja Zosi z Teresą Leonią). I to chyba ładnie pokazuje zmianę do instytucji małżeństwa jako taką, że właściwie ani czytelnik, ani postaci pozytywne nie mają wątpliwości "jak ma być".

      Usuń
    2. Nie do konca ginie. Widac wlasnie ze podejmuje decyzje, aby jeszcze poczekac w kwestii ewentualnego powolania zakonnego skoro obowiazki zwyklej ludzkiej przyzwoitosci nakazuja pozostanie przy babci (w tym sensie jest Ania bardzo wyraznym kontrastem dla Leonii). I bardzo mi sie podobal watek Ani w szkole. Widac ze ta dziewczyna przedstawiona jako slabowita i watla potrafi byc bardzo silna napedzana wlasnie poczuciem ze robi to co sluszne i sie w tym spelnia. Totalnie ja widze w Bialym Dworze jako nauczycielke wlasnie. Niekoniecznie mezatke tylko wlasnie kogos takiego kto sie rozwija i pomaga innym w rozwoju. Nie mialam wrazenia ze ginie w tle.

      Usuń
    3. A odnosnie polskiej Austen to moim zdaniem ramy czasowe zdecydowanie sie nie nadaja na wyznacznik poszukiwan. Wyjatkowosc Austen polega na tym, ze jej warsztat jest bardzo w sumie wspolczesny. Moze wlasnie masz racje Pyzo, ze zmysl obserwacyjny i dodalabym styl bardzo wlasny albo ironia bylyby tu wyznacznikami. Ograniczanie sie chronologia to skazywanie sie na kleske. W angielszczyznie za nowe Austen z klasyczek uznaje sie pisarki z roznych epok, najbardziej rozpoznawane to Nancy Mitford i Barbara Pym, ale tu juz za dlugo bym sie musiala rozpisac.

      Usuń
    4. Tak, podejmuje taką decyzję, ale mniej więcej w 3/4 książki, później właściwie się nie pojawia już. Gdyby ją tak interpretować, jak napisałaś, Ania staje się rodzajem kontynuatorki dziedzictwa ciotki Pauliny.

      Ciekawa jestem, kogo można by tutaj z polskich pisarek znaleźć, ja zdecydowanie chciałabym się dalej rozglądać! :-)

      Usuń
    5. W ogóle szukanie drugiej Austen jest skazane na klęskę, bo ona była przecież genialne i taki talent jest niepowtarzalny. I oczywiście zgadzam się z Hannah, że ona ciągle po tych 200 latach z okładem jest ciągle bardzo świeża i nowoczesna, i to jest naprawdę wyjątkowe.

      Ale mnie, kiedy się zastanawiałam na tym, czy w polskiej literaturze był ktoś, kogo mogłabym z Austen porównać, chodziło właśnie o ramy czasowe. I nawet nie o to, żeby znaleźć coś, co Austen by przypominało, tylko jakąkolwiek solidną polską pisarkę początku XIX w. Co raczej jest niemożliwością, biorąc pod uwagę, że polska powieść w ogóle rozwijała się znacznie wolniej od angielskiej i rozkwit prozy to dopiero druga połowa XIX w. Ale może właśnie należałoby szukać wśród pamiętnikarek? Czytam wspomnienia Wirydianny Fiszerowej i ona się wydaje kobietą bardzo interesującą, a jej wspomnienia czyta się bardzo dobrze. Poza tym wiele arystokratek parało się w tamtym czasie piórem, dla zabawy, rzecz jasna, kto wie, może w ich szufladach krył się jakiś skarb?

      Usuń
    6. Przy takich kryteriach stricte czasowych to ja sie zastanawialam, ze moze Klementyna z Tanskich Hoffmanowa wlasnie by sie nadawala? Owszem troche przesunieta w czasie, ale jak najbardziej wiek XIX. Dziennik Franciszki Krasinskiej, rok publikacji 1825. To fikcja, ale ponoc niektorzy sie nabierali i wierzyli ze to autentyczne zapiski sa. I to by sie wpisywalo w Tarninowe pamietnikarki troche :)

      Usuń
    7. Brzmi bardzo ciekawie, ja bym się na "Dziennik Franciszki Krasińskiej" pisała, może jakiś piknik wokół niego...? :-)

      Usuń
    8. Hannah, Hoffmanowa pewnie czasowo jest najbliższa, choć też jest już o pokolenie młodsza od Austen, za to łączy je utrzymywanie się ze swojej pracy. Chociaż nie robię sobie zbyt wielkich nadziei ;). Ale dziękuję za podpowiedź, z "Dziennikiem..." chętnie się zapoznam, tym bardziej, że to powieść historyczna z epoki, która mnie interesuje :) A więc, Pyzo, jak najbardziej!

      Usuń
    9. O, to dopisujemy do listy i spotykamy się wokół "Dziennika..." za czas jakiś! :-)

      Usuń
    10. Ja sobie napocząłem Dziennik Franciszki i chciałem powiedzieć, że zapowiada się rozkosznie, choć trzeba wziąć poprawkę na mojego świra na punkcie tego rodzaju ramot (notabene, bohaterka nazywa ramotą swoje pisanie :D). Wersja darmowa na wolnych lekturach, dodam.

      Usuń
    11. Potem sie robi troche jakby mniej rozkosznie, ale nadal jest to naprawde ciekawe i na tle polskiej produkcji tamtego czasu bardzo umiejetnie napisane i wiarygodne psychologicznie.

      A wersja z Wolnych Lektur jest super, bardzo starannie opracowana.

      Usuń
    12. Właśnie się zastanawiam, którą wersję czytać, bo papierowa z serii Klasyka mniej znana jest skrajnie uboga, tekst i trzy zdania biogramu autorki.

      Usuń
    13. Dobrze wiedzieć, że jest na Wolnych Lekturach! Seria Klasyka mniej znana jest dla mnie od początku tego roku (vide "Malwina") przyczyną rozczarowań, wygląda jakby w ogóle nikt tych tekstów nie opracowywał; nie chcę być niesprawiedliwa, ale nie czyta się tego specjalnie przyjemnie.

      Usuń
    14. Klawiatura mi uschnie, jak napiszę, że wydania klasyki Zielonej Sowy mają lepszy aparat :P Bo w ogóle go mają. Skąpstwo wydawcy widać gołym okiem, tyle dobrego, że serię nabyłem hurtem po 1,50 od sztuki.

      Usuń
    15. Ale Zieloną Sowę czy Klasykę mniej znaną?

      Usuń
    16. Klasykę. Zielona Sowa wyżej ceni swoje klasyki, nawet w taniej jatce :D

      Usuń
    17. Zielona Sowa chyba ma dość mały druk, z tego, co pamiętam (widać nie ma ideałów ;-)). Ale fakt, Klasyka mniej znana jednak mogłaby być kopalnią odkryć, a tu tekst jak leci, przypisów właściwie nie ma, wypada to blado. Jedynym plusem jest, że łatwiej upolować papierowe wydanie danej książki.

      Usuń
    18. Akurat Dziennik Franciszki zawsze chciałem mieć w serii z Liściem Naszej Księgarni, ale trafiła się ta Klasyka i trochę żałuję.
      W Zielonej Sowie druk drukiem (akurat zależy w czym, przy upchaniu trzech tomów Potopu w jeden wolumin na czymś trzeba oszczędzać), ale gorszę są podejrzane tłumaczenia, które drukują.

      Usuń
    19. Co do tłumaczeń, to chyba jakieś szersze zjawisko, często wznowienia klasyki wychodzą w starszych tłumaczeniach, ale to jeszcze nic (wszak są doskonałe, choć starsze, przekłady), gorzej jak na przykład to była akurat wersja skrócona.

      Usuń
    20. Tylko przekłady robione przez niewiadomokogo w połowie XIX wieku raczej nie odpowiadają ani gustom dziesiejszych czytelników, ani też niekoniecznie muszą mieć wiele wspólnego z oryginałem :) Dlatego ja zawsze ubolewam, że np. księgarnie internetowe z zasady nie podają nazwiska tłumacza. A wersje skrócone, serwowane na dodatek bez wyraźnej informacji na okładce, mają się świetnie np. w wydawnictwie MG, strach kupić cokolwiek wydanego przez nich.

      Usuń
  6. allegra_walker21 czerwca 2017 20:26

    Jeszcze wczoraj nic nie słyszałam o Haliniszkach, ale skuszona recenzją Pyzy złapałam się za lekturę "Dworu", a że było mi mało, przed chwilą poprawiłam "Obrączką" (https://polona.pl/item/60968/2/) Co za kontrast! W "Obrączce" zupełnie nie ma dworkowych szczebiotów i na szczęście prawie ani śladu Mniszkówny (pojawiają się "pyszne pąsowe wargi", ale to chyba wyjątek). A co do treści, jest to dość gorzka i ponura historia, którą można by podsumować: 1) największym twoim wrogiem, kobieto inteligentna, wykształcona i utalentowana, są nie straszni mieszczanie, którym śmiejesz się w nos, tylko twoje własne serce; 2) jesteś odpowiedzialna za to, co oswoiłaś - nawet gdybyś miała za to zapłacić straszną cenę. Bardzo proszę, rzućcie okiem, żeby zobaczyć, że pani Dmochowska częstowała nie tylko cukierkami :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się podwójnie: z lektury "Dworu...", że zachęciłam :-) i z lektury "Obrączki" (którą już sobie zapisuję do przeczytania), bo to, co piszesz, trochę mi rozjaśnia. Czytałam, że książki Dmochowskiej były objęte zakazem druku w pewnym momencie i tak po "Dworze..." się zastanawiałam, z czego mogło to wynikać, bo nie jest to specjalnie obrazoburcza powieść. A to, co piszesz, brzmi bardzo zachęcająco!

      Usuń
    2. allegra_walker22 czerwca 2017 09:19

      A jeszcze są "Trzy pokolenia", które na razie tylko przejrzałam. Jedną z postaci drugoplanowych jest jakaś ciotka czy kuzynka, która - ku zgorszeniu reszty familii - z powodzeniem łączy obowiązki matki, żony i lekarki. Muszę przeczytać, żeby sprawdzić, jak autorka poprowadzi tę postać!

      Usuń
    3. Ha, też muszę poeksplorować dalej twórczość autorki, bo może nie do końca słusznie odczytywałam niektóre elementy "Dworu..."?

      Usuń
    4. No, to brzmi rzeczywiście ciekawie. I jakby jest trochę w sprzeczności z Haliniszkami.

      Usuń
  7. Cóż za mieszane uczucia we mnie budzicie. Z jednej strony i opis, i recenzja sprawiają, że nie mam najmniejszej ochoty czytać tej książki. Zwłaszcza, że od czasu czytania przymusowego i na czas w liceum mam spory uraz do Austen (o, zgrozo, wiem). Jednak jednocześnie Wasza dyskusja sprawia, że może nabieram ochoty tylko po to, żeby w tej dyskusji wziąć udział.

    Innymi słowy: świetna robota.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuba, poczytaj Austen i napisz coś krytycznie, bardzo fajne jatki wywołuje męskie spojrzenie na jej książki. Poszukaj u Marlowa :D

      Usuń
    2. Qbuś, mogę tylko powiedzieć, że z okazji Pikników przeczytałam sporo książek, za które pewnie w innym wypadku bym się nie zabrała. Zawsze z przyjemnością, choć czasem była to głównie przyjemność przewidywania, jak sobie będę mogła na książce poużywać w dyskusji ;)

      Usuń
    3. Pragnę zauważyć, że krytyczność wobec Austen nie musi iść w parze z płcią czytelnika :-P.

      Podbijam to, co napisała Tarnina: dzięki piknikom też sięgnęłam do książek, które zapewne bym porzuciła, gdyby mnie nie motywowała wizja wspólnej rozmowy o nich. Chociaż akurat "Dwór...", przyznaję, czytało mi się dobrze ;-).

      Usuń
    4. Ale dorzucę szownistycznie, że liczba kobiet krytycznych wobez Austen jest jednak dużo mniejsza.

      Usuń
    5. Pytanie, czy to jest udowodnione (o ile to jest do udowodnienia, wiadomo, że gusta czytelnicze to rzecz trudna w badaniu), czy to tylko obserwacja, bo jeśli to drugie, można spokojnie na innej próbie pokazać, że jest odwrotnie :-P.

      Usuń