Sezon w piekle? Albo o „Drewnianym różańcu” i „Oblubienicach” N. Rolleczek



Powiem Wam, że po reakcjach otoczenia spodziewałam się zupełnie innych książek niż te, które dostałam. A co dostałam?


Na początek może dla tych, którzy o „Drewnianym różańcu” i jego bezpośredniej właściwie kontynuacji, „Oblubienicach”, nie słyszeli, krótko, co to za historia. Czternastoletnia Natalia po przybyciu do ciotki do Zakopanego – jej matka i ojczym są w trudnej sytuacji finansowej, siostra choruje na gruźlicę – dowiaduje się, że zamiast z rzeczoną ciotką zamieszka w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice. Ciotka wychodzi za mąż i teściowa nie życzy sobie, żeby utrzymywać dodatkową osobę. Jest środek wielkiego kryzysu, lata trzydzieste. W sierocińcu przebywa kilkadziesiąt dziewczyn w różnym wieku, od tak zwanych „maluchów” po uczęszczające do szkoły wieczorowej osiemnastolatki. Natalia szybko musi przystosować się do otaczającej ją rzeczywistości, a ta – jak napisze jedna z „wychowanek” w przymusowym wypracowaniu – jawi się jako gorsza niż piekło. W sierocińcu panuje brud, dziewczyny nie dojadają, są bite i upokarzane, niszczy się ich poczucie własnej wartości, każe uczyć na pamięć formułek bez zrozumienia ich treści, a nad wszystkim, jako wieczysta sankcja, wisi rodzaj dziwnie pojmowanej religijności.
 

Równi i równiejsi


Natalia Rolleczek wspominała, że po publikacji tej powieści – opartej w punkcie wyjścia na jej autentycznych przeżyciach – uznano ją za ateistkę i za kogoś, komu zależy na zniszczeniu opinii Kościoła rzymskokatolickiego, a w każdym razie opisywanych zakonnic. Tylko widzicie, moim zdaniem tym, co jest głównym tematem „Drewnianego różańca” jest bardziej rozdźwięk między instytucją a jej regułami, podział nie tylko na osoby wierzące, teoretycznie wierzące i niewierzące, ale też na urodzone lepiej lub gorzej. Sam zakon, tak jak go opisuje narratorka, dzieli się bowiem na dwie kasty: są siostry z lepszych domów i pochodzące gdzieś z małych wsi – te ostatnie pracują w pralni, w kuchni czy przy zwierzętach. Okazują się też w powieści być osobami bardziej wyrozumiałymi, bo pozostającymi bliżej rzeczywistości: dokarmiają dziewczyny, cerują i piorą ich ubrania (ale też nie zawsze, każdy ma tutaj jakieś swoje ograniczenia, wynikające z postrzegania świata i swojej roli w nim). Ale nie ma w tym czułości czy litości, raczej rodzaj obowiązku, który wynika ze stosunków ogólnoludzkich. One zresztą, tak samo jak uznawane za „krnąbrne” wychowanki zakładu, bywają przez przełożone karane.

No, ale nie jest tak, że podziały w świecie „Drewnianego różańca” przebiegają na linii czarne-białe, złe zakonnice-dobre sieroty. Dziewczyny opisywane przez narratorkę często są przez nią obdarzane przymiotnikami „głupia”, „tępa”, kradną od siebie nawzajem i ze szkoły, szkolą się w przebiegłości, która zastępuje uczucia, żeby przeżyć. Dwie z nich zostaną dobrymi duchami sali ogólnej, starając się o młodsze dziewczęta, obie jednak nie będą wcale opisywane w tonie jakoś specjalnie pochwalnym. W tym świecie przedstawionym właściwie trudno powiedzieć, kto jest „dobry”, a kto „zły”. Tutaj ciekawym przedłużeniem tematu są „Oblubienice”. Chociaż sama Rolleczek nazwała je książką nieudaną i napisaną tylko na fali popularności „Drewnianego...” (to już jest dużo słabsze, takie popłuczyny, ciągnięcie za ogon właściwie tego samego tematu. Książka nie miała już tamtej zwięzłości i ostrości) i dla zarobku. Ale to, co twierdzi autor, a co znajduje się w książce (czy właściwie: co można w niej znaleźć) to często dwie różne rzeczy. Owszem, „Oblubienice” są powieścią inną. Struktura bardziej przypomina powiązane ze sobą opowiadania – ale trzeba przyznać, że wątki ładnie powracają i przeplatają się ze sobą – ale równocześnie jeszcze bardziej rozmywa ten podział na „złych” i „dobrych”. W „Oblubienicach” lepiej nawet niż w „Drewnianym...” widać, że i zakonnice, i wychowanki zakładu, znajdują się w sytuacji bez wyjścia.
 
 
Źródło.
 

Ta sytuacja bez wyjścia to wypadkowa wielu czynników i im więcej się ich nawarstwia, tym robi się ciekawiej. Nie chodzi bowiem jedynie o jakąś dziwnie motywowaną religijną zaciekłość, ale również o sytuację społeczną (czemu to środowisko jest tak zamknięte? Autorka po wielokroć powraca do motywu „nikt z zewnątrz się nami właściwie nie interesował”). Co ciekawe, a bardzo dobrze widoczne w „Oblubienicach”, relacja dziewcząt i zakonnic nie jest tak jasna, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Obie powieści w gruncie rzeczy zapisem napięć między wszystkimi mieszkankami zakonu, gdzie hierarchie mają być sztywne, a jednak nie do końca są. Można się wkupić w łaski koleżanek, można w pralni wyprosić od siostry inną sukienkę, znowu do głosu dochodzi wartość ceniona najwyżej: spryt. Ale i on jest tu mieczem obosiecznym. Kiedy ktoś okazuje się za sprytny, trzeba doprowadzić go do porządku. Linie hierarchii są płynne, ale nie przestają być liniami hierarchii. Kiedy zakonna szwalnia chyli się ku upadkowi, to dziewczęta wezmą sprawy w swoje ręce, niespecjalnie przejmując się zdaniem zdezorientowanych zakonnic.
 

Nie-lustro


Moim zdaniem należy tę książkę czytać nie tyle jako zapis przeżyć autorki (która sama zresztą deklaruje, że jest to rzeczywistość przekształcona, co zrozumiałe zresztą, bo tak działa literatura: mamy tu zresztą do czynienia z powieścią, nie z autobiografią), ile właśnie jako powieść. Czemu? Bo wtedy można dostrzec liczne zalety tych książek, przede wszystkim to, jak zostały napisane. Jeśli spodziewacie się nurzania w odmętach mroków dusz ludzkich, to „Drewniany różaniec” Was zaskoczy. Jest w nim cięta ironia, jest gorzki humor – są momenty, w których czytelnik sam zdumiony może parsknąć śmiechem – są obrazki zupełnie tragikomiczne (podobnie jest w „Oblubienicach”, polecam zwłaszcza historię szwalnianego manekina). Zresztą Rolleczek bardzo skrótowo charakteryzuje bohaterki „Drewnianego różańca”: tę kojarzymy ze względu na bujną fryzurę, tamtą, bo pochodzi z Limanowej, inna ma rzadkie włosy (notabene częste wspominanie akurat o włosach ma więcej sensu, jeśli się przyjmie, jak bardzo bohaterkom doskwierała wszawica), jeszcze inna choruje na gruźlicę. Nie wynika to jednak – moim zdaniem – z nieumiejętności, ale jest celowe: wszystkie dziewczyny i kobiety znamy z imienia, ale nie wiemy nic o ich przeszłości. Przychodzą znikąd („wychowanki” porzucane lub podrzucane do sierocińca, zakonnice pozostawiając za sobą dotychczasowe życie i zmieniając je na to prowadzone za parkanem oddzielającym zakon od świata), tak jakby nie miały mieć żadnej historii.

W „Oblubienicach” portrety dziewcząt są słabsze, za to taka na przykład matka przełożona zyskuje na głębi. Bo kiedy Rolleczek chce nadać bohaterce więcej cech, czyni to. Na uwagę zasługuje zwłaszcza sugestywny portret matki przełożonej (już od „Drewnianego różańca”), która narratorce jawi się niemal jako święta do czasu, gdy nie zobaczy, jak ta obserwuje księdza jedzącego śniadanie. Wszystkie dziewczęta są przekonane, że chodzi właśnie o księdza – podczas gdy narratorka nie jest pewna, czy nie chodzi o samą czynność gryzienia. Proste, a jednocześnie wieloznaczne. To, jak poprowadzona jest ta postać przez obie części, zrobiło na mnie spore wrażenie (gdybym miała szukać podobieństw, to w filmie „Niewinne” postać matki przełożonej, granej przez Agatę Kuleszę, wykazuje pewne cechy wspólne z „mateczką” z obu powieści Rolleczek), zwłaszcza że jednak klisza „złej przełożonej” zostaje tu umiejętnie przestawiona na nieco inne tory.
 
 
Źródło.
 

Właściwie trudno napisać o obu tych książkach, nie poruszając tematu religii i religijności, w końcu akcja rozgrywa się w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice. O ile „Drewniany...” można traktować do pewnego stopnia jako studium utraty religijności w ogóle, o tyle „Oblubienice” paradoksalnie ten obraz niuansują. Rolleczek pokazuje tam nieco więcej twarzy całej sprawy. Czy bycie siostrą zakonną w tamtym czasie jest wyborem czy w niektórych okolicznościach przymusem? Czy wychowanie w tym przybytku nieodwołalnie odsuwa „wychowanki” od wiary, czy może przyzwyczajenie, indywidualne predyspozycje bądź siła wychowania skłania niektóre dziewczęta do tego, by religijność była naturalną częścią ich charakteru? Owszem, przez większą część czasu obserwujemy, jak miejsce faktycznych praktyk religijnych zajmują transakcje handlowe („powołanie” jednej z dziewcząt sprawia, że siostry lepiej ją traktują; sprzedaż wody święconej może być okazją do zarobku; kłamstwo w sprawie tego, czy to Piłsudski, czy papież jest adresatem listu, pozwala dostawać lepsze posiłki – i tak dalej). Ale poza tym dostajemy też kilka obrazów przeczących temu, by była to jedyna wizja w obu powieściach (o tym, jak różnie można odbierać „Drewniany różaniec” pisał również Zacofany w lekturze).

Polecam więc obie części – jako ciekawy portret lat wielkiego kryzysu oglądany z miejsca, które ten kryzys boleśnie dotyka na wielu frontach, jako studium zamkniętej społeczności, w której rozgrywki o władzę toczą się na wszystkich jej stopniach, jako próbę zmierzenia się z pytaniem, jak daleko sięga czyjaś religijność.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Miałem pisać właśnie o tym, jak zmieniał mi się odbiór Drewnianego różańca z wiekiem, ale skoro podlinkowałaś, to już nie muszę. Dodam tylko, że chyba jednak wolę swój odbiór współczesny, który jest bliższy Twojemu, i pozwala dostrzec w książce nie antyklerykalną agitkę, ale rzecz dużo ciekawszą i głębszą.
    W ramach anegdoty dodam tylko, że poziom higieny w placówkach kościelnych był niski nie tylko w sierocińcach. Pamiętam, bodajże ze wspomnień Marii Ginter, która uczyła się na pensji sióstr Sacre Coeur, czyli w prestiżowym zakładzie, że tam również skąpiono ciepłej wody i mydła. W końcu dziewczęta nie wytrzymały i przy okazji wizyty biskupa któraś zapytała, jak mają wykorzystywać tę odrobinę przydziałowej wody: czy najpierw umyć w niej ręce, a potem w brudnej wodzie twarz, czy myć twarz brudnymi rękami. Podziałało, ciepłą wodę siostry przestały wydzielać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, to ciekawe, że jednak do tej książki można bardzo różnie podejść. Przyznam, że rozczarował mnie wywiad z autorką z tego nowego wydania, gdzie wywiadujący dość mocno starał się o tę antykościelność zahaczać, autorka się wzbraniała, wyszło dość specyficznie.

      Usuń
  2. Muszę odświeżyć sobie "Oblubienice...". I muszę wyznać, że jakoś nigdy nie czytałam tych książek jak prymitywnej agitki, nawet gdy byłam za młoda, by docenić większość niuansów. Pamiętam, jak w swoim czasie imponowała mi wewnętrzna siła niektórych dziewcząt (Tala, Helka), to że radziły sobie w takiej sytuacji. A to, jak Tala poradziła sobie w kwestii sprzątania kościoła...! nastoletniej mnie bardzo to się podobało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, to jest zupełnie przerażający "sposób", chyba najmocniejsza scena w obu książkach. Aż mam ciarki do teraz na samą myśl! Co do Heli -- szkoda mi tego, jak została poprowadzona w "Oblubienicach", za to w "Drewnianym różańcu" to jest bardzo ciekawa postać!

      Usuń
  3. Widzę rzeczywiście, że podpowiedzi spod poprzedniego wpisu o Rolleczek trafnymi były. Szkoda, że w mej lokalnej biblioteki akurat tej książki nie ma. Kilka innych jest, ale "Drewnianego różańca" akurat brak.

    A z sympatii i ciekawości - ile tu jest o samym Zakopanem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, wydawało mi się, że to miało spory nakład, kilka wydań i zazwyczaj właśnie "Drewniany różaniec" w większości miejsc jest, nawet jeśli nie ma innych książek Rolleczek. Co do Zakopanego -- w "Oblubienicach" nieco wyraźniej rysuje się to, że akcja dzieje się akurat w górach, ale w obu częściach to są właśnie góry i góralszczyzna, nie miałam poczucia, żeby Zakopane było szczególnie znaczące (poza może sceną z końcówki "Drewnianego...", której nie chcę spojlerować, bo dobra jest i warto ją odkryć samemu).

      Usuń