Upiorologia stosowana albo o „Księciu Romanie” i „Czarnym macie” J. Conrada



Latem hasłem wyzwania „Klasyka grozy” był horror marynistyczny…


...którego zapewne nie widzieliście na tym blogu, bo też i nie zdążyłam nic przeczytać. A nawet wypożyczyłam sobie z biblioteki „Okręt widmo” pełna dobrych chęci (Dominice poszło lepiej i wygląda na to, że to must read dla fanów „Piratów z Karaibów”), jak również wyszukałam stojące od dawna na półce Conradowskie „Opowieści niesamowite, opowieści zasłyszane”. To zresztą niezły egzemplarz, znaleziony w antykwariacie, zadedykowany „dla obywatela Jerzego w dowód uznania za sumienną pracę dla dobra Przedsiębiorstwa” (przedsiębiorstwem było tajemnicze R.P.M. w Koszalinie, jakieś pomysły? Chociaż „P” jest niepewne, jako że jeden z ofiarodawców zamaszyście podpisał się akurat na nim). Obywatelowi chyba nie w smak był ten Conrad, bo egzemplarza nawet nie rozciął, więc dzielnie – na skutek trapiącej mnie migreny – rozcięcia stron dokonał Domownik. Po czym na chybił trafił wybrałam dwa, obiecująco zatytułowane opowiadania.
 
 
 

Cóż za rozpacz spotkać prawdziwego księcia, głuchego, łysego, chudego i trak strasznie starego!

Nie będę ukrywała: „Książę Roman” nie jest horrorem marynistycznym. Ale skoro teoretycznie znajduje się w tym zbiorze i już go przeczytałam, a w dodatku ma elementy grozy, czemu by o nim nie napisać? Zwłaszcza, że Conrad popełnia tam dość zabawną rzecz: a mianowicie akcja dzieje się w latach 60. XIX wieku gdzieś na Ukrainie, w posiadłości wuja narratora. Narrator jest wówczas małym chłopcem i zostaje przez wuja i jego przyjaciela przyłapany na myszkowaniu po zakazanych dla siebie pokojach we dworze. Przyjaciel wuja to dziwny człowiek: mówi mechanicznym głosem, a jego twarz jest jak skamieniała. Kiedy nasz młodziutki narrator dowiaduje się, że to książę (prawdziwy) wypowiada słowa, które wybrałam powyżej za motto. Oto bowiem nasz tytułowy książę Roman faktycznie jest głuchy – na skutek represji po powstaniu listopadowym został zesłany na Syberię, a potem na Kaukaz i choroba pozbawiła go słuchu – chudy i łysy. Okazuje się być jednak nosicielem zajmującej historii. Spojlerowała jej nie będę, napiszę tylko, co właściwie „groźnego” w tym opowiadaniu się znajduje. Otóż opisy powstania są dość nietypowe: zamiast potyczek i bitew powstańców masakruje cholera, podstępem dziesiątkując oddziały i powodując, że rozpierzchają się one w noc, gdy nagle ktoś zachoruje. A co jest zabawnego w tym wszystkim, jak wspomniałam na początku? Otóż rzecz dzieje się na Ukrainie, ale opisywany krajobraz rolniczy, pocięty żywopłotami, jako żywo przywodzi raczej na myśl angielskie pola. No, ale takie zlanie się tych obrazów całkiem dobrze pokazuje pewną specyfikę Conrada-pisarza, jak sądzę (a przynajmniej jest ciekawym przyczynkiem ku lepszemu jej poznaniu). Tyle o „Księciu Romanie”. 
 
 
 

Czyż zdaniem pańskim nie mam dość duszy, żebym mógł być widmem?

Drugim opowiadaniem był „Czarny mat” i to już zdecydowanie, choć przewrotnie, horror marynistyczny. Conrad i tu wykazuje się pewnym dowcipem – narratorem jest „inteligentny przyjaciel rodziny” Bunterów. Winston Bunter jest matem (tytułowym „czarnym matem”) na statku, Annie Bunter żyje z połowy jego pensji, gdy mąż jest na morzu. Dotknęła ich straszna tragedia: Bunter stracił swój statek, a później z racji wieku nikt nie chciał go zatrudnić. W końcu udało mu się dostać na pokład kapitana Johnsa, pokracznego indywiduum z zapałem rozprawiającego o duchach. Ów nawiedzony spirytysta przede wszystkim chciałby, by nieskazitelny jak dotąd mat popełnił jakiś błąd, a nade wszystko uwierzył w wywody o możliwości kontaktu pozagrobowego, więc nocami, w powiewającej koszuli nocnej rozprawia o możliwościach zetknięcia się z duchami, stojąc na pokładzie swego statku. I oto nagle Bunter zaczyna w duchy wierzyć – po tajemniczym upadku do ładowni w środku nocy, zupełnie jakby ducha zobaczył… Nie będę Wam psuła przyjemności odkrywania, co takiego zobaczył Bunter. Dodam tylko, że narrator umiejętnie podsyca naszą ciekawość, dodając zdania w rodzaju „a miał Bunter mroczną tajemnicę...”, „gdyby już wtedy okazało się, że...” i tym podobne. Efekt jest znakomity, a ja zupełnie nie spodziewałam się poznać takiej twarzy Josepha Conrada. To tylko kilka stron, więc w deszczowe smętne popołudnie – koniecznie przeczytajcie!

A ja liczę, że z kolejnym hasłem wyzwania „Klasyka grozy” pójdzie mi owocniej i groźniej. 
 
 
 

2 komentarze:

  1. Ależ trafiłaś w czuły punkt... Choć zupełnie na marginesie, bo chodzi o ten RPM. Takie zagadki to mój słaby punkt. Na razie jedyne, co mi wpadło do głowy do Regionalna Dyspozytornia Mocy, ale nie wiem, czy to o to chodzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia, zupełnie szczerze mówiąc, czy Regionalna Dyspozytornia Mocy pasuje. Całość pieczęci brzmi tak: "Związek Zawodowy Pracowników Rolnych R. P. L." - "Rada Zakładowa przy R. P. M. Koszalin" (przy czym to ostatnie "P" może być "D" lub czymś podobnym).

      Usuń